Z powieściowymi cyklami tworzonymi w ramach franczyzy
tak to zwykle bywa, że są nierówne. W zasadzie nie powinno to nikogo
dziwić: czego można się bowiem spodziewać po wydawniczym projekcie, w
ramach którego świat jest niemal w pełni kontrolowany przez redaktorów,
którzy tworząc zręby fabuły obszerniejszej historii jedynie zlecają
„wykonanie” jej elementów poszczególnym pisarzom. W takiej sytuacji
autor staje się w zasadzie tylko maszyną, której zadaniem jest ubrać
całość w słowa, przyozdobiwszy wszystko elementami gotowego już settingu
i nawiązaniami do innych pozycji w nim osadzonych. Niezbyt dużo tu
miejsca na autorską kreację i pokaz literackiego warsztatu. Liczy się po
prostu umiejętność posklejania poszczególnych elementów układanki na
gotowym szkielecie w ramach zadanej wierszówki. Ot, wyrobnictwo. Tyle
tylko, że wyrobnicy bywają lepsi i gorsi. W przypadku debiutującej w
gwiezdnowojennej konwencji Christie Golden jest akurat gorzej.
