Wielokrotnie zdarzało mi się twierdzić, że na gruncie
fantastyki cykl fantasy stanowi zupełnie odrębny gatunek, rządzący się
własnymi prawami i regułami. Skomplikowane, rozłożone na wiele tomów
epickie historie, od lat cieszą się sporym zainteresowaniem rzesz
czytelników śledzących losy ulubionych bohaterów przez kolejne lata.
Jakiś czas temu w ślady Stevena Eriksona, George’a R.R. Martina, a
przede wszystkim Roberta Jordana, poszedł Brandon Sanderson, kończący Koło Czasu
na podstawie notatek tego ostatniego, zmarłego już autora. Tomy,
zamykające jeden z najbardziej znanych, wręcz modelowy cykl, zdobyły
spore uznanie odbiorców i wyraźnie zachęciły autora do stworzenia
własnego, szeroko zakrojonego projektu literackiego. Do tej pory bowiem Sanderson
był znany przede wszystkim z trylogii Z mgły zrodzony czy też
pojedynczych powieści. Jego najnowsza propozycja – Archiwum burzowego
światła – ma w zamyśle przybrać znacznie większe gabaryty. Cykl
planowany jest na dziesięć tomów, co, sądząc po rozmiarze otwierającej
go Drogi królów (niemal 1000 stron sporego formatu), może
skutkować znacznym zwiększeniem ilości papieru, zdobiącego półki
miłośników epickiej fantasy.
