Jest sobie niewielkie miasto, gdzieś na Dolnym Śląsku.
Nazwijmy je dla niepoznaki Rykusmyku. W miasteczku tym, jak to w małym
miasteczku, życie toczy się od lat według pewnych utartych schematów:
jedni wyjeżdżają, inni wracają, wiadomo kto bije żonę, kto pije pod
płotami, a kto ma lepsze chody u miejscowego gliniarza. Jest w tym pewna
schematyczność, powtarzalność rytmu prowincji. W miejscu takim jak to
zawsze pełno lokalnych plotek, legend, historii, pozornych tabu, z
którymi starają się zmierzyć kolejne pokolenia dorastających tam
wyrostków. Także i w tym wymiarze Rykusmyku nie wydaje się być w jakimś
stopniu wyjątkowe. Zwykłym ludziom w zwykły sposób dzieją się tam zwykłe
rzeczy – nawet, jeśli usilnie starają się oni nadać temu miejscu
i swojemu losowi nimbu niezwykłości. W takim właśnie miejscu zaczyna się
historia opowiedziana przez Łukasza Orbitowskiego w jego najnowszej powieści – Szczęśliwa ziemia.
