Kiedy przyjrzeć się ogólnemu obrazowi obszarów
tematycznych, poruszanych w rodzimej fantastyce, zauważyć można, że dość
marginalnie traktowana jest kwestia religii. To pewien paradoks, biorąc
pod uwagę relatywnie wysoki poziom religijności Polaków. Owszem,
powszechnie wykorzystywana jest religijna (głównie chrześcijańska)
symbolika – ot, choćby w twórczości Jacka Piekary, czy też Mai Lidii
Kossakowskiej – jednak tekstów, czerpiących z religii coś więcej niż
tylko dekoracje, nie ma na dobrą sprawę zbyt wielu. Jest co nieco
u Jacka Dukaja, Mirosława Jabłońskiego, Witolda Jabłońskiego czy Rafała
Dębskiego… i w zasadzie to tyle. Na tym tle zdecydowanie wyróżnia się
twórczość Wojciecha Szydy. Poznański autor uczynił cechą
charakterystyczną swego pisarstwa silne zakorzenienie w chrześcijańskiej
tradycji, moralności i symbolice. Po całkiem niezłej Fausterii,
skupionej wokół osoby i dziedzictwa św. Faustyny Kowalskiej, w swojej
drugiej powieści, opublikowanej przez Narodowe Centrum Kultury, Szyda sięga do postaci św. Wojciecha.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwrotnice Czasu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwrotnice Czasu. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 marca 2015
niedziela, 17 czerwca 2012
Miraż - Zbigniew Wojnarowski - recenzja z portalu Fantasta.pl
Historia Polski XX wieku jest trudna, złożona, znaczona pamięcią
wydarzeń wspaniałych i podniosłych, ale zarazem także tych tragicznych i
wstydliwych. Wydawałoby się – idealny materiał dla literatów. I
istotnie, tekstów osadzonych w realiach poprzedniego stulecia powstaje
bez liku – wszystkie mniej lub bardziej rozliczeniowe, komentujące,
gloryfikujące… czasem nawet drążące poszczególne problemy. Co ciekawe,
rzadko przekrojowe. „Ciekawe” nie znaczy jednak „dziwne”. Wydaje się, że
próba spójnego, przekrojowego przebrnięcia przez cały wiek XX byłaby
wyzwaniem dość karkołomnym, narażonym na zbytnie uproszczenia i
powierzchowność. Mimo to wyzwanie zostało podjęte przez Zbigniewa Wojnarowskiego,
a jego rezultat opublikowano w znakomitej, firmowanej logo Narodowego
Centrum Kultury serii Zwrotnice Czasu. Muszę przyznać, że wiele
obiecywałem sobie po Mirażu (tak bowiem zatytułowana jest książka Wojnarowskiego),
jego fragmenty były bowiem publikowane w „Nowej Fantastyce” i
„Fantastyce – Wydaniu Specjalnym” i przynajmniej jeden swego czasu z
nich zainteresował mnie ponadprzeciętnie. Tym bardziej, że i forma Mirażu
jest formą nietypową – niby zbiór opowiadań, ale jednak poszczególne
teksty stanowiące wycieczkę przez rodzimą historię są ze sobą wyraźnie
powiązane. Tym, co spaja dzieło Wojnarowskiego w całość, jest motyw kina Miraż i współczesna (meta?)fabuła, w którą wplecione zostają opowieści snute przez dawnego biletera.
Można mówić o dwóch podstawowych warstwach Mirażu: literackiej i historycznej. W tej pierwszej nietypowa powieść (bo to chyba jest najwłaściwsze określenie tej książki) Wojnarowskiego jest bardzo mocno zakorzeniona w tradycji opowieści niesamowitych i horroru. Autor doskonale gra poczuciem rzeczywistości, potrafiąc świetnie, może trochę po dickowsku, zamazać granice między tym, co realne a tym, co urojone. W tym sensie kolejnego znaczenia nabiera tytuł książki – poszczególne historie, oniryczne na granicy koszmarnego snu i przygnębiającej jawy nie pozwalają się wyzwolić spod przemożnego wrażenia wszechogarniającej ułudy. Tak bohaterowie, jak i czytelnik gubią się, goniąc za tym, co nie dość, że nierealne, to ostatecznie zgubne. Tekst jest przesycony kinową estetyką i metaforyką, widać w nim spójność koncepcji i konsekwencję w posługiwaniu się pewnymi motywami. Co więcej, sposób w jaki one powracają, czasem w zupełnie niespodziewanych momentach, robi naprawdę dobre wrażenie. Tym bardziej, że w warstwie językowej Wojnarowski także pokazuje sporo klasy. Ciekawa, dopracowana fraza, a także, co tak ważne w konwencji grozy, świetnie budowany nastrój powodują, iż czyta się Miraż doskonale. Pod względem „warsztatowym” jest to powieść na bardzo wysokim poziomie.
Równie ciekawie jest w warstwie historycznej. Jak zaznaczyłem wcześniej – Wojnarowski wziął się za barki ze spuścizną dwudziestowiecznej polskiej historii. Wyruszamy więc w podróż przez kolejne dekady od lat trzydziestych począwszy. Ścierają się tu dwa porządki – porządek trwania reprezentowany przez przeklęte kino i porządek zmiany. Trudno orzec, czy autor wybrnął z trudnego zadania oddania klimatu poszczególnych dziesięcioleci – do pewnego momentu jest naprawdę znakomicie, jednak poszczególne dekady doby komunizmu – mimo szumnych deklaracji przytaczanych w posłowiu pióra Macieja Parowskiego – nieco się zlewają w straszący postacią ubeka monolit. Fakt, ubek ubekowi nierówny, strach strachowi takoż, ale jednak pewne wrażenie nie do końca osiągniętego zamierzenia pozostaje. Nie znaczy to jednak, że poszczególne teksty są do siebie podobne – bynajmniej. Poza warstwą nadnaturalną „dreszczyk” w tych opowieściach jest dreszczem przerażającej historii – nieodmiennie tragicznej, przynajmniej dla bohaterów. U Wojnarowskiego próżno szukać happy endu, łatwiej już o historyczną jednoznaczność, wręcz pryncypialność. W tym sensie Miraż wpisuje się w nurt prozy rozliczeniowej, piętnującej i przypominającej o tragediach przyszłości… i ludziach, którzy się do nich przyczynili. Z tym, że w przeciwieństwie do większości podobnie pomyślanych utworów babrzących się z lubością w brudach historii, u Wojnarowskiego brak czarno-białych podziałów. To znaczy czerni jest pod dostatkiem, tyle że zamiast bieli dostajemy mnóstwo ciemnej szarości.
Choć historię piszą zwycięzcy, z prozy Wojnarowskigo przebija smutna refleksja, że prawdziwych zwycięzców jakby brak – można się z nim zgadzać lub nie, trzeba jednak przyznać, że Miraż jest dziełem bez wątpienia godnym uwagi. Owszem, także ze względu na sposób, w jaki autor podszedł do rodzimej historii, choć jeśli ktoś ma już serdecznie dość rozgrzebywania dawnych krzywd, to raczej ta warstwa go znuży lub wręcz zirytuje. Ale powieść ta jest po prostu świetnym kawałkiem literatury grozy – bez historycznych podtekstów i całej patriotyczno-martyrologicznej otoczki – subtelnym, ale zarazem sugestywnym, trzymającym w napięciu, ale i pozwalającym smakować frazę, a przede wszystkim doskonale grającym emocjami, przesyconym tajemnicą, którą warto zechcieć zgłębić. To czy w starym, zatopionym kinie znajdzie się odpowiedź, jest już osobną kwestią.
Można mówić o dwóch podstawowych warstwach Mirażu: literackiej i historycznej. W tej pierwszej nietypowa powieść (bo to chyba jest najwłaściwsze określenie tej książki) Wojnarowskiego jest bardzo mocno zakorzeniona w tradycji opowieści niesamowitych i horroru. Autor doskonale gra poczuciem rzeczywistości, potrafiąc świetnie, może trochę po dickowsku, zamazać granice między tym, co realne a tym, co urojone. W tym sensie kolejnego znaczenia nabiera tytuł książki – poszczególne historie, oniryczne na granicy koszmarnego snu i przygnębiającej jawy nie pozwalają się wyzwolić spod przemożnego wrażenia wszechogarniającej ułudy. Tak bohaterowie, jak i czytelnik gubią się, goniąc za tym, co nie dość, że nierealne, to ostatecznie zgubne. Tekst jest przesycony kinową estetyką i metaforyką, widać w nim spójność koncepcji i konsekwencję w posługiwaniu się pewnymi motywami. Co więcej, sposób w jaki one powracają, czasem w zupełnie niespodziewanych momentach, robi naprawdę dobre wrażenie. Tym bardziej, że w warstwie językowej Wojnarowski także pokazuje sporo klasy. Ciekawa, dopracowana fraza, a także, co tak ważne w konwencji grozy, świetnie budowany nastrój powodują, iż czyta się Miraż doskonale. Pod względem „warsztatowym” jest to powieść na bardzo wysokim poziomie.
Równie ciekawie jest w warstwie historycznej. Jak zaznaczyłem wcześniej – Wojnarowski wziął się za barki ze spuścizną dwudziestowiecznej polskiej historii. Wyruszamy więc w podróż przez kolejne dekady od lat trzydziestych począwszy. Ścierają się tu dwa porządki – porządek trwania reprezentowany przez przeklęte kino i porządek zmiany. Trudno orzec, czy autor wybrnął z trudnego zadania oddania klimatu poszczególnych dziesięcioleci – do pewnego momentu jest naprawdę znakomicie, jednak poszczególne dekady doby komunizmu – mimo szumnych deklaracji przytaczanych w posłowiu pióra Macieja Parowskiego – nieco się zlewają w straszący postacią ubeka monolit. Fakt, ubek ubekowi nierówny, strach strachowi takoż, ale jednak pewne wrażenie nie do końca osiągniętego zamierzenia pozostaje. Nie znaczy to jednak, że poszczególne teksty są do siebie podobne – bynajmniej. Poza warstwą nadnaturalną „dreszczyk” w tych opowieściach jest dreszczem przerażającej historii – nieodmiennie tragicznej, przynajmniej dla bohaterów. U Wojnarowskiego próżno szukać happy endu, łatwiej już o historyczną jednoznaczność, wręcz pryncypialność. W tym sensie Miraż wpisuje się w nurt prozy rozliczeniowej, piętnującej i przypominającej o tragediach przyszłości… i ludziach, którzy się do nich przyczynili. Z tym, że w przeciwieństwie do większości podobnie pomyślanych utworów babrzących się z lubością w brudach historii, u Wojnarowskiego brak czarno-białych podziałów. To znaczy czerni jest pod dostatkiem, tyle że zamiast bieli dostajemy mnóstwo ciemnej szarości.
Choć historię piszą zwycięzcy, z prozy Wojnarowskigo przebija smutna refleksja, że prawdziwych zwycięzców jakby brak – można się z nim zgadzać lub nie, trzeba jednak przyznać, że Miraż jest dziełem bez wątpienia godnym uwagi. Owszem, także ze względu na sposób, w jaki autor podszedł do rodzimej historii, choć jeśli ktoś ma już serdecznie dość rozgrzebywania dawnych krzywd, to raczej ta warstwa go znuży lub wręcz zirytuje. Ale powieść ta jest po prostu świetnym kawałkiem literatury grozy – bez historycznych podtekstów i całej patriotyczno-martyrologicznej otoczki – subtelnym, ale zarazem sugestywnym, trzymającym w napięciu, ale i pozwalającym smakować frazę, a przede wszystkim doskonale grającym emocjami, przesyconym tajemnicą, którą warto zechcieć zgłębić. To czy w starym, zatopionym kinie znajdzie się odpowiedź, jest już osobną kwestią.
5/6
piątek, 25 maja 2012
Burza. Ucieczka z Warszawy '40 - Maciej Parowski - recenzja z portalu Fantasta.pl
Wydawana przez Narodowe Centrum Kultury literacka seria Zwrotnice Czasu,
prezentująca utwory z nurtu historii alternatywnej, w ostatnich latach
przykuła uwagę szerszego grona czytelników, wzniecając wśród nich żywą
dyskusję co najmniej dwukrotnie. Drugim, najbardziej spektakularnym
przypadkiem, był Wieczny Grunwald Szczepana Twardocha, pierwszeństwo jednak miała na tym polu otwierająca serię powieść Macieja Parowskiego Burza. Ucieczka z Warszawy ’40.
Książka ta od samego początku wzbudzała emocje. Po pierwsze, była to
literacka próba poprzedzona sporą przerwą w autorskiej twórczości
człowieka, który jest znany przede wszystkim jako wnikliwy redaktor i
który wśród czytelników „Nowej Fantastyki” cieszy się opinią postaci
wręcz kultowej, najlepszego naczelnego w historii tego pisma. Po drugie,
powieść ta to nie tylko otwarcie nowej serii, ale przede wszystkim
wkroczenie na rynek prężnego i co ważne – niekomercyjnego wydawcy. Po
trzecie, legenda samego projektu – pierwsze koncepcje Burzy pojawiły się bowiem jeszcze na początku lat osiemdziesiątych. Było więc mnóstwo czasu, aby pomysł Parowskiego
nie tylko dojrzał, ale i pojawił się w kilku wcześniejszych
inkarnacjach. Po czwarte wreszcie, intrygował sam pomysł – pokazanie
alternatywnej historii, w której druga wojna światowa w kształcie znanym
z kart podręczników nie miała nigdy miejsca: wojska niemieckie
zatrzymane zostały przez potężne ulewy, niemrawi sojusznicy miast
zrzucać ulotki, włączyli się do walki, Związek Radziecki nigdy nie
wkroczył na terytorium Rzeczypospolitej, wreszcie Berlin został
opanowany, a Hitler pokonany – historia oddała pokłon ludowi znad Wisły i
jego sojusznikom. Piękne, prawda?
środa, 18 kwietnia 2012
Fausteria (powieść antyhagiograficzna) - Wojciech Szyda - recenzja z portalu Fantasta.pl
W polskiej kulturze popularnej, czyli także i literaturze, religia
stanowi temat z jednej strony ważny, z drugiej jednak traktowany z pewną
nieśmiałością, jakby obłożony swoistym tabu. Silne wpisanie rozważań
religijnych w odpustowo-martyrologiczny sztafaż narodowy uczyniło z niej
temat w pewnym sensie niebezpieczny – czyniąc z polskiego katolicyzmu
element produktu kultury masowej nie tylko łatwo kogoś zdenerwować, czy
kogoś (przynajmniej w jego mniemaniu) obrazić, ale także narazić się na
śmieszność, wyszydzenie lub dorobić się takiej czy innej łatki (po równo
zdewociałego katola jak i czerwonego ateusza). A przecież, bez względu
na to jakie stanowisko względem problemu się zajmuje, nie da się
obojętnie przejść wokół politycznej i historycznej roli jaką katolicyzm i
kościół instytucjonalny odegrały w polskiej historii, także tej
społecznej. Pokoleniowe przewartościowanie dokonujące się w ostatnich
dwóch dekadach tworzy przestrzeń do dyskusji, którą (wreszcie)chętnie
starają się zagospodarować młodzi twórcy. Na polu literatury nie ominęło
to zatem i fantastyki, gdzie po wątki katolickie sięga chętnie Wojciech Szyda.
Doskonałym polem do zaprezentowania twórczości Wielkopolanina okazała
się wydawana przez Narodowe Centrum Kultury seria historii
alternatywnych „Zwrotnice Czasu”. To właśnie w niej ukazała się
najnowsza powieść Szydy – Fausteria (powieść antyhagiograficzna).
Etykiety:
5/6,
Fausteria,
Narodowe Centrum Kultury,
polecanki,
religia,
Wojciech Szyda,
Zwrotnice Czasu
czwartek, 24 lutego 2011
Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów - Szczepan Twardoch - recenzja
Jakiś czas temu wspominałem o rosnącej popularności prozy sytuującej się na przecięciu literatury historycznej z fantastyką. Na naszym rodzimym rynku czołowymi nazwiskami tego nurtu zdają się być Jacek Komuda, Dariusz Domagalski, Marcin Mortka czy Robert Foryś. Zwykle literatura tego typu, to po prostu dobrze napisana, przygodowa fabuła osadzona w realiach znanych z kart podręczników historii, czasem jeszcze zaprawiona elementami nadprzyrodzonymi. Nie da się ukryć, że przygotowane wedle tej receptury utwory znajdują sporą ilość amatorów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


