„Torpedo 1936” Enrique Sáncheza Abulíego i Jordiego Berneta cieszy się od lat opinią jednego z najlepszych europejskich czarnych kryminałów… a może i nie tylko europejskich. Perypetie tytułowego Torpedo – płatnego zabójcy, żyjącego w nowojorskim półświatku czasów Wielkiego Kryzysu – przez lata zdobywały uznanie i sympatię tak fanów, jak i krytyków. Najlepszym tego przykładem może być uhonorowanie serii nagrodą dla najlepszego albumu zagranicznego na Festiwalu w Angoulême w 1986 roku Lata jednak mijały, a o kolejnych przygodach gangstera było niepokojąco cicho… aż do tego roku, gdy do hiszpańskiego scenarzysty dołączył znany choćby ze „100 naboi” rysownik Eduardo Risso. W efekcie ich współpracy powstała kontynuacja cyklu. Przed państwem „Torpedo 1972”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
piątek, 16 marca 2018
sobota, 2 maja 2015
Batman: Długie Halloween - Jeph Loeb, Tim Sale - komiksowa recenzja z Szortalu
Gdyby próbować stworzyć coś w rodzaju kanonicznej listy komiksów
przedstawiających historię postaci Bruce’a Wayne’a/Batmana, zwykle na pierwszym
miejscu wymienia się Batman: Rok Pierwszy
Franka Millera i Davida Mazzucchelliego. Zaraz po nich w chronologii najważniejszych
wydarzeń z życia Mrocznego Rycerza znajduje się epicka opowieść autorstwa Jepha Loeba i Tima Sale’a zatytułowana Długie Halloween. Swoistą
inspiracją, wstępem do tej 13-częściowej serii były trzy halloweenowe numery Legends of the Dark Knight z lat
1993-1995 (zresztą ukazały się one w Polsce: najpierw dwa z nich wydane przez
Tm-Semic jako Batman: Halloween,
potem wszystkie trzy wypuszczone przez Egmont pod tytułem Batman: Nawiedzony Rycerz). Pracujący w DC w połowie lat 90. Archie
Goodwin i Mark Waid namówili jednak autorów, by spróbowali połączyć klimat tych
wydań specjalnych ze stylistyką czarnego kryminału. W ten sposób powstała jedna
z najlepszych opowieści o Batmanie w historii.środa, 16 lipca 2014
Związek żydowskich policjantów - Michael Chabon - recenzja z portalu Fantasta.pl
Flirt fantastyki i kryminału nie jest w zasadzie
niczym nowym. Można wręcz rzecz, że jest to jedna z częściej
spotykanych kombinacji w ramach łączenia ze sobą różnych konwencji
gatunkowych. Jest to zadanie o tyle wdzięczne, że dzięki położeniu
punktu ciężkości na różne elementy dzieła literackiego, konwencje te
bardzo dobrze się uzupełniają: fantastyka dostarcza entourage’u i
konstrukcji świata przedstawionego, zaś kryminał determinuje przede
wszystkim klimat i fabułę. Kiedy zaś na tego typu połączenie decyduje
się znakomity warsztatowo, nagrodzony Pulitzerem pisarz głównonurtowy,
można spodziewać się całkiem sporo. Związek żydowskich policjantów Michaela Chabona
istotnie odniósł znaczny sukces zdobywając m.in. Hugo, Nebulę i nagrodę
Locusa. Czy faktycznie jest to powieść tak dobra, jak można wnioskować
na podstawie zdobytych laurów?
piątek, 11 października 2013
Prefekt - Alastair Reynolds - recenzja z portalu Fantasta.pl
Kilka miesięcy temu w ramach nadrabiania czytelniczych
zaległości postanowiłem wreszcie sięgnąć po twórczość jednego z
najbardziej uznanych autorów współczesnej space opery – Alastaira Reynoldsa. Dwie nowelki zamieszczone w zbiorze Diamentowe psy. Turkusowe dni.
zrobiły wrażenie co najmniej dobre, czekałem zatem na okazję, aby
ponownie pochylić się nad lekturami pióra Brytyjczyka. Padło na tekst w
pewnym sensie wyjęty z głównego wątku narracyjnego rozpoczętego Przestrzenią objawienia, a mianowicie na Prefekta.
Zresztą w ramach wewnętrznej chronologii Reynoldsowskiego uniwersum
jest to powieść, której akcja toczy się znacznie wcześniej niż
zasadniczy cykl – nie miałem zatem obaw, że zepsuję sobie zabawę. Bo już
po kilku stronach lektury nie miałem wątpliwości, że moja przygoda z Reynoldsem się w tym momencie nie skończy.
Etykiety:
5/6,
Alastair Reynolds,
kryminał,
MAG,
polecanki,
Prefekt,
Przestrzeń objawienia,
science-fiction,
space opera
piątek, 8 lutego 2013
Nova Swing - M. John Harrison - recenzja z portalu Fantasta.pl
Zacznijmy od eksperymentu: co powstanie, gdy pisarz
dysponujący rewelacyjnym warsztatem i zapadającym w pamięć stylem wróci
do wykreowanego przez siebie świata prezentującego oryginalne, twórcze
podejście do space opery, wrzuci w to pogłębionych psychologicznie
bohaterów, a w dodatku stworzy fabułę lekko nawiązującą do klasycznego
kryminału noir, z tym zastrzeżeniem, że jednym z jej centralnych
elementów jest obszar, na którym znane zmienia się w nieznane? „Świetna
literatura!” chciałoby się zakrzyknąć. Niestety okazuje się, że jednak
niekoniecznie. Powieścią jak ta z otwierającego recenzję zdania jest
bowiem Nova Swing M. Johna Harrisona, luźna kontynuacja dobrze przyjętego Światła tegoż autora.
środa, 4 lipca 2012
Coś na progu – nr 2, 2012 – recenzja
Przez niemal trzydzieści miesięcy
działalności tego bloga na jego łamach pojawiały się recenzje płyt, filmów,
książek w przeróżnych konwencjach, nie zdarzyło mi się jednak opublikować
recenzji czasopisma. Czas zatem nadrobić zaległości i zaproponować COŚ nowego.
To COŚ jest nowe nie tylko dlatego, że jest pismem, które niedawno zaczęło się
ukazywać ,czy też dlatego, że recenzje czasopism dotąd nie pojawiały się na
łamach RYBIEUDKA blog. Nowe jest także to, że (i tu następuje konstatacja
zaskakująca także dla mnie) na wspomniane łamy stosunkowo rzadko przebijały się
pozycje utrzymane w konwencji grozy i kryminału. Czas zatem, aby „Coś na progu”
wniosło pewien powiew świeżości.
Etykiety:
4.5/6,
Coś na progu,
czasopismo,
Dobre Historie,
groza,
kryminał,
recenzja,
retro
środa, 21 marca 2012
Stan wstrzymania - Charles Stross - recenzja z portalu Fantasta.pl
Mam z Charlesem Strossem taki problem, że najzwyczajniej w
świecie lubię jego twórczość. Ktoś mógłby zapytać: czemu w zasadzie
miałby to być problem? Czy to wstydliwe? Niegodne osoby wypowiadającej
się o literaturze? A może po prostu naraża na nieobiektywność? No cóż,
choć w każdym z tych stwierdzeń tkwi jakieś małe ziarenko prawdy, to na
dobrą sprawę nie chodzi o żadną z tych rzeczy. Ot, po prostu bardzo
cieszę się każdym jego tekstem wychodzącym po polsku, bez względu na to,
jaki poziom faktycznie on prezentuje. Szczęśliwie jestem osobą, która
swoją literacką znajomość z sympatycznym Szkotem zaczynała nie od Accelerando,
ale od jego opowiadań, stąd może mój, dość specyficzny, punkt widzenia
na jego twórczość. Autor wspomnianej przed chwilą książki dorobił się
bowiem łatki specjalisty od twardej science fiction, którym na dobrą
sprawę nie jest. W jego dorobku Accelerando jest bodaj jedyną
powieścią, którą skłonny byłbym w pełni nazwać tym mianem, większość
tekstów zaś, choć czasem sięga do tej konwencji, skupia się na innych
niż naukowe problemach (np. Szklany dom sięgający w równym stopniu do antyutopii). Przede wszystkim Stross
jest pisarzem tworzącym literaturę lżejszą, bardziej rozrywkową niż
koncepcyjną, ot choćby opowiadania pochodzące z tzw. Pralni, sięgające
do prezentowanego z przymrużeniem oka kryminału i lovecrafotwskiej
mitologii. Biorąc się za lekturę świeżo wydanego przez MAGa Stanu wstrzymania oczekiwałem więc solidnej porcji rozrywkowej, lekkiej science fiction. A co dostałem?
Etykiety:
4.5/6,
Charles Stross,
cyberpunk,
fantasta.pl,
gry,
kryminał,
MAG,
MMO,
polecanki,
science-fiction,
sf,
Stan wstrzymania,
thriller
środa, 23 marca 2011
Finch - Jeff VanderMeer - recenzja z portalu Fantasta.pl
Twórczość Jeffa VanderMeera mnie przeraża. Poważnie, nie ma w tym krzty przesady. Nie jestem w stanie w żaden sposób pojąć, skąd ten człowiek bierze wszystkie te niesamowicie zakręcone pomysły, w dodatku potrafiąc je ubrać w formę w sposób wprawiający czytelnika w stan, który jestem w stanie określić tylko jako osobliwą mieszankę zdumienia, fascynacji i może jeszcze lekkiego obrzydzenia. To nie jest kolejny pisarz tworzący wariacje na temat bitew statków kosmicznych czy fantasy z ponętną elfką w tle. Po książkach Amerykanina możemy się spodziewać raczej niezwykłych wizji gdzieś z pogranicza snu i jawy, zaskakujących pomysłów formalnych i niebanalnej fabuły. Czy Finch spełnia te oczekiwania?
Etykiety:
5.5/6,
Ambergris,
fantasta.pl,
Finch,
Jeff VanderMeer,
kryminał,
MAG,
New Weird,
polecanki,
Uczta Wyobraźni
czwartek, 25 listopada 2010
Miasto i Miasto - China Miéville - recenzja z portalu Fantasta.pl
Bardzo cieszy mnie tendencja szybkiego wydawania w naszym kraju pozycji zdobywających uznanie na poletku ogólnoświatowej fantastyki. Jasne, zawsze można sobie sprawić wydanie anglojęzyczne, niestety zwykle sprowadzenie tego typu pozycji chwile trwa, a i ceny książek obcojęzycznych w kraju nad Wisłą zbyt zachęcające nie są (przynajmniej jeśli chodzi o zagraniczne nowości, które są na topie). W roku 2010 pozycjami, które zwróciły na siebie ogromną uwagę fantomu były: wydany już w Polsce (i zrecenzowany tak na łamach Fantasty, jak i na tym blogu) doskonały Palimpsest Catherynne M. Valente, The Windup Girl Paolo Bacigalupiego (polskie wydanie planowane jest na styczeń), a także kolejna powieść czołowej postaci brytyjskiej fantastyki Chiny Miéville’a zatytułowana Miasto i Miasto, która właśnie trafiła na księgarskie półki w naszym kraju. I tej właśnie pozycji postaram się poświęcić kilka słów.
Kilka miesięcy temu nie szczędziłem Brytyjczykowi pochwał przy okazji omawiania zbioru jego opowiadań zatytułowanego W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania. Zwracałem tam uwagę na bardzo umiejętne połączenie fantastycznej wyobraźni z popartą politycznym zacięciem inteligentną krytyką współczesnego społeczeństwa. Krótko mówiąc Miéville zaimponował mi swoistym socjologicznym zmysłem pozwalającym zwracać uwagę na intrygujące wycinki naszej rzeczywistości i wykorzystywać je jako źródło motywów dla swojej twórczości. Z drugiej strony autor ten wpisuje się w bardzo charakterystyczny nurt we współczesnej fantastyce (choć w zasadzie widoczny jest on także w literaturze głównego nurtu) stawiający w centrum opowieści motyw miasta. W przypadku opowiadań zawartych we W poszukiwaniu Jake’a… miastem tym był widziany na różne sposoby Londyn. Podobną fascynację miastem, jako specyficzną przestrzenią (tak społeczną, jak i fizyczną) można obserwować także choćby u wspomnianej już Valente, Jeffa Vandermeera, czy M. Johna Harrisona. W przypadku Miasta i Miasta Miéville popisuje się dodatkowo kapitalną umiejętnością mieszania gatunków i konwencji, tworząc wybuchową mieszankę wielu motywów.
Dla wielu czytelników pewnym zaskoczeniem może być fakt, że powieść Brytyjczyka jest zasadniczo niczym innym, jak czarnym kryminałem. Inspiracje pracami Raymonda Chandlera są tu wyraźnie widoczne. Miévillowskim odpowiednikiem Philipa Marlowe’a, głównego bohatera prowadzącego narrację jest inspektor Tyador Borlú, reprezentujący Brygadę Najpoważniejszych Zbrodni policzai miasta Besźel – stolicy małego kraiku położonego gdzieś w Europie Środkowej. Jeśli chodzi o fabułę to mamy tu do czynienia z absolutną klasyką gatunku, w bardzo dobrym wykonaniu. Śledztwo rozpoczynające się znalezieniem zwłok nieznanej kobiety, jak przystało na kryminał wciąga nas w wir spekulacji na temat tego kto, i dlaczego mógł dokonać tego czynu. Na drodze do rozwiązania tej zagadki okazuje się, że każdy strzępek informacji rodzi kolejne pytania, a droga do znalezienia rozwiązania jest niebezpieczna i wymaga wielu działań leżących w zdecydowanej sprzeczności z zasadami rutynowego postępowania policjanta, często mogących doprowadzić do międzynarodowego skandalu. Miéville w tym aspekcie specjalnie nie zaskakuje, oddając tu hołd klasyce gatunku. Jego bogata wyobraźnia i talent do ciekawych, oryginalnych obserwacji znajdują ujście gdzie indziej.
Punktem centralnym powieści staje się koncepcja splecionych ze sobą metropolii: Besźel i Ul Qomy. Dwóch miast, które pozornie dzielą tą samą przestrzeń, funkcjonują jednak jako odrębne organizmy: topograficznie, ekonomicznie, politycznie i społecznie. Pomysł jest niezwykle oryginalny i stanowi dla Brytyjczyka punkt wyjścia dla swobodnego operowania tym, co jest jednym z najsilniejszych punktów jego twórczości, a mianowicie prowadzenia błyskotliwych, politykujących obserwacji życia społecznego i ich komentowanie. Niuanse wzajemnych relacji „przeoczających się miast”: ich historii, polityki i kultury robią ogromne wrażenie bogactwem detali i zgrabnym wpisaniem je w realia znanego nam świata. Muszę przyznać, że poznawanie tego świata wciąga chyba jeszcze bardziej niż intrygująca fabuła Miasta i Miasta. Z drugiej strony Miéville używa motywu dwóch odrębnych miast dzielących tą samą przestrzeń jako metafory wzajemnych relacji różnych społeczności dzielących to samo terytorium, wplatając w tą rzeczywistość mnóstwo odwołujących się do tego motywu smaczków: jak choćby będąca doskonale prosperującym biznesem restauracja żydowsko-muzułmańska, czy też ciekawy portret radykalnych ruchów politycznych (których przecież sam autor także jest przedstawicielem). Wszystkie te socjologiczne obserwacje i komentarze podane są jednak w specyficzny sposób, nawiązujący trochę do wspominanego przez samego autora Franza Kafki, mi zaś przywodzący na myśl choćby Josepha Hellera. Machina społeczno-polityczna odseparowująca od siebie Besźel i Ul Qomę jest pełna paradoksów i absurdów, a groźba wkroczenia tajemniczej Przekroczeniówki jeszcze je wzmacnia. Miasto i Miasto ma jeszcze jeden wymiar, a mianowicie jest to swoisty portret zmitologizowanej przestrzeni miasta. Zmitologizowanej choćby przez fakt współdzielenia jej przez dwa odrębne organizmy, żyjące swoim własnym życiem i rytmem. Besźel i Ul Qoma są dla siebie równie oczywiste co niedostępne, równie bliskie co odległe. Efektem jest bogactwo onirycznych wręcz wizji sytuujących się na granicy tego co widzialne i niewidzialne i tego co dozwolone i zakazane. To co pozornie bliskie i znane, miejsca, ludzie, smaki i zapachy, okazują się być owiane nimbem tajemnicy i noszą swoiste piętno zakazanego owocu. Takie zmitologizowane pokazywanie przestrzeni miasta, odkrywanie jej na nowo rodzi skojarzenia z Brunonem Schulzem, którego twórczością Brytyjczyk wyraźnie się inspiruje, czego wyraz dał otwierając swą powieść cytatem ze Sklepów Cynamonowych.
Ten kapitalnie wykreowany świat zapełniają jednak postacie skonstruowane w dużo prostszy sposób. Borlú to typowy detektyw, twardy, zdeterminowany, skłonny złamać czasem pewne zasady w imię rozwiązania sprawy. Podobne wrażenie robią też jego odpowiednicy z Ul Qomy. Do tego mamy pełną paletę różnych warstw społeczeństwa Miasta i Miasta: polityków, radykałów, naukowców i studentów. Każda z tych grup została sportretowana w sposób bardzo obrazowy i plastyczny, choć muszę przyznać, że nie ma tu jakiś wyjątkowych „fajerwerków”, a żadna z drugoplanowych postaci specjalnie w pamięć nie zapada. Zgodnie z konwencją w centrum wydarzeń umiejscowiona jest postać detektywa prowadzącego śledztwo, a tu postać Tyadora Borlú sprawdza się świetnie.
Miasto i Miasto otrzymało w 2010 Nagrodę Hugo, Nagrodę Locusa i Nagrodę Arthura C. Clarke’a - to musi robić wrażenie. Czy jednak rzeczywiście jest to powieść tak fascynująca, jak można by oczekiwać po zdobywczyni tylu prestiżowych wyróżnień? No cóż, może w pewnych kwestiach China Miéville wykonał „zaledwie” solidną robotę, ale sam pomysł dwóch splecionych miast i wielowarstwowość tej powieści robią naprawdę bardzo duże wrażenie. Do tego sprawny język, oryginalne na gruncie fantastyki nawiązanie do nurtu czarnego kryminału i bogactwo społecznych komentarzy powodują, że Miasto i Miasto staje się w moich oczach jedną z najważniejszych pozycji tego roku na naszym rynku wydawniczym. Co prawda niektórzy czytelnicy mogą trochę tęsknić za większym politycznym zaangażowaniem, znanym z innych pozycji tegoż autora, ale uważnie czytając tę powieść można doszukać się całkiem sporej ilości krytycznego spoglądania na rzeczywistość. Jest ono tu po prostu mniej oczywiste, bardziej schowane. No cóż, wypada to tylko potraktować jako pretekst do tego, by cieszyć się tą powieścią dłużej, szukając różnych możliwości odczytania jej. Bo tego, że warto się z nią zapoznać nie muszę już chyba dodawać…
5,5/6
Etykiety:
5.5/6,
China Miéville,
fantasta.pl,
kryminał,
lewica,
miasto,
Miasto i Miasto,
Nagroda Hugo,
Nagroda Locus,
polecanki,
Zysk i s-ka
Subskrybuj:
Posty (Atom)




