Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Thunderbolts. Bez pardonu – Daniel Way, Steve Dillon - komiksowa recenzja z Szortalu


Bez pard… Pardon, Bez sensu

Są takie postacie, które niezawodnie zwracają uwagę rodzimych fanów komiksów. Deadpool, Punisher, Venom, Elektra – pojawienie się publikacji z którymkolwiek z tych (anty)bohaterów niezawodnie wzbudza szum w Sieci i głosy, że pozycji przedstawiających ich perypetie jest na rynku zbyt mało. Na fali sukcesu kinowego Deadpoola i drugiego sezonu telewizyjnego Daredevila (gdzie pojawiają się Elektra i najnowsza ekranowa wersja Franka Castle) głosy te słychać było jeszcze głośniej. Biorąc pod uwagę powyższe, a także fakt jak szybko sprzedał się pierwszy polski tom Deadpoola, nie może dziwić, iż rozbudowujący linię Marvel Now! Egmont zdecydował się na wydawanie ostatniej odsłony serii Thunderbolts.  Komiks o prowadzonej przez Czerwonego Hulka drużynie, w skład której wchodzą właśnie postaci wymienione powyżej ma przecież wszelkie szanse stać się rynkowym hitem. Czy na pewno?


poniedziałek, 9 marca 2015

Szpon. Tom 2: Upadek Sów – James Tynion IV, Miguel Sepulveda, Emanuel Simeoni i inni - komiksowa recenzja z Szortalu

Rozpoczęty wraz początkiem Nowej 52 run Scotta Snydera i Grega Capullo w głównej serii Batmana bardzo szybko zdobył sympatię miłośników Nietoperza, w udany sposób rozbudowując i wzbogacając historię jego miasta. Sporym uznaniem cieszyła się w szczególności opowieść osnuta wokół Trybunału Sów, sekretnej organizacji mającej ogromny wpływ na historię Gotham City. Trudno się zatem dziwić, że wątek ten doczekał się rozwinięcia wykraczającego poza jedną serię. Oprócz okazjonalnego pojawiania się Sów i ich siepaczy – szponów - w większości komiksów z „nietoperzej” rodziny szefostwo DC postanowiło uczynić Trybunał kluczowym elementem odrębnego tytułu. Stworzenie scenariusza serii powierzono zatem byłemu studentowi, a później współpracownikowi Scotta Snydera – Jamesowi Tynionowi IV – dla pewności (marketingowego sukcesu) przywołując na okładce także pierwszego z nich. Utrapienie Sów - pierwszy tom opowieści o zbuntowanym szponie Calvinie Rose stanowił całkiem udane wprowadzenie do szerszej historii. Przede wszystkim przedstawiał czytelnikom ciekawą postać głównego bohatera prowadząc jego historię aż do dość zaskakującego finału. Upadek Sów przynosi jej rozwinięcie i konkluzję.

środa, 28 maja 2014

LeBron James. Król jest tylko jeden? - Marcin Harasimowicz - recenzja z portalu Szortal.com

Nie jest łatwo napisać dobrą biografię. Niby idea jest prosta: zbieramy wszelkie dostępne, możliwie zróżnicowane materiały na temat interesującej nas osoby, dokonujemy selekcji, przyjmujemy jakiś klucz (chronologiczny, tematyczny), wybieramy motyw przewodni, łapiemy za pióro lub klawiaturę i po jakimś czasie mamy gotowy tekst. No niestety, to nie wystarczy, a biograf często spotyka na swojej drodze poważne przeszkody, choćby w dostępie do faktów na temat obiektu swego zainteresowania. Przy tym wszystkim zakładamy, że bohater biografii jest faktycznie osobą na tyle interesującą, aby tekst taki  wzbudził ciekawość czytelnika, a sam autor ma na niego pewien pomysł. W przypadku biografii osób żyjących, ba, wciąż aktywnych w polu swej działalności, zaczynają się już naprawdę strome schody. Ciężko tu o stworzenie spójnej zamkniętej narracji, pokazującej daną osobę i jej działalność całościowo, w pewien sposób ją komentującą, czy podsumowującą. W końcu życie naszego bohatera może potoczyć się w wielu, zupełnie nieprzewidzianych kierunkach, które karzą spojrzeć na jego dotychczasowe dokonania z zupełnie innej perspektywy. Takie biografie są trochę jak przysłowiowe „chwalenie dnia przed zachodem słońca” (wersję z „chwaleniem baby” sobie odpuśćmy). A jednak powstają i są czytane. Świetny przykład może stanowić najnowsza propozycja wydawnictwa Sine Qua Non pt. LeBron James. Król jest tylko jeden? autorstwa Marcina Harasimowicza.

środa, 16 października 2013

Odyssey One: Rozgrywka w ciemno - Evan Currie - recenzja z portalu Fantasta.pl

Kiedy przyjrzeć się bliżej narodowościowej strukturze wydawanej w Polsce fantastyki zagranicznej, bez trudu można dostrzec przytłaczającą dominację autorów anglojęzycznych. Można by się w tym momencie zastanowić, czy faktycznie literatura amerykańska, brytyjska czy kanadyjska są na aż tak wysokim poziomie, że są w stanie zdominować także mniejsze rynki regionalne, jak polski. Pomijając już nawet zagadnienie kulturowego kontekstu, jest to kwestia mocno wątpliwa. Działa tu po prostu reguła skali – anglosaski rynek fantastyki jest po prostu ogromny. Co więcej, w dobie coraz bardziej powszechnego self-publishingu czy możliwości publikowania i sprzedawania tekstów w sieci bez udziału tradycyjnej „maszyny wydawniczej” staje się on kilkakrotnie większy. Ogromna skala ma jednak także drugą, często zapomnianą stronę – a ta nie jest już tak wspaniała. Wielka ilość tekstów oznacza także wielką ilość tekstów co najwyżej przeciętnych, wielka ilość tekstów wydawanych z pominięciem filtra, jakim zwykle są wydawcy, redaktorzy i korektorzy, oznacza zaś horrendalną ilość tekstów, które z perspektywy czytelnika nigdy nie powinny opuścić szuflady autora, tudzież jego twardego dysku. Nie da się jednak ukryć, iż są powody, dla których coraz większa ilość osób postanawia zaprezentować swoją twórczość szerokiej publice. Zachęca do tego egalitarny, operujący niskim wejściowym poziomem kompetencji kulturowych charakter Internetu, dominuje tu swoisty ekshibicjonizm, pragnienie autoprezentacji za wszelką cenę, wreszcie – co w kontekście tej recenzji najistotniejsze – raz na jakiś czas trafia się autor-amator, który wydając książkę samemu odniesie wymierny sukces. Jeśli nie artystyczny, to przynajmniej finansowy. A to już jest bardzo konkretna motywacja, czyż nie?

czwartek, 6 września 2012

Gniew smoka - Margaret Weis, Tracy Hickman - recenzja z portalu Fantasta.pl

Tekst poniższy jest historią lekkiego czytelniczego zawodu. A było to tak: poprzednie tomy cyklu Dragonships uznałem za całkiem niezłe. Mimo przyjęcia przez znany (z lubieniem to już bywa różnie) duet autorski składający się z Margaret Weis i Tracy’ego Hickmana formuły lekkiego, momentami wręcz naiwnego fantasy, w odrobinę kiczowaty sposób posługującego się popularnym wizerunkiem wikingów, poprzednie powieści – Smocze kości i Tajemnica smoka broniły się całkiem nieźle. Po prostu, mimo wszystkich wad potrafiły skutecznie wciągnąć, a sama lektura przebiegała szybko i względnie bezboleśnie. Minęło mniej więcej 1,5 roku i Rebis zaprezentował polskim czytelnikom trzeci tom cyklu, zatytułowany Gniew smoka. Trzeba przyznać, że (jak na warunki polskiego rynku) tempo wydania całkiem niezłe, gdyż w Stanach pozycja ta premierę miała pod koniec kwietnia tego roku. Jest tylko jeden zasadniczy problem – to nie jest dobra książka. Po prostu. Zdecydowana większość czytelników, szczególnie ta, którym seria Dragonships jest obca, może sobie dalszą lekturę niniejszej recenzji po prostu odpuścić. Szkoda na nią czasu, tak samo jak na tę książkę.

piątek, 21 października 2011

Tron Pierścienia - Larry Niven - recenzja z portalu Fantasta.pl

Pierścień Larry’ego Nivena to klasyk science fiction. Fakt to bezsporny, niezależnie od tego jak ta książka odbierana jest dzisiaj. W swojej sztandarowej powieści udało się Amerykaninowi świetnie połączyć pomysłowość i dopracowanie charakterystyczne dla hard sf z rozmachem space opery i akcją rodem z najlepszej fantastyki przygodowej. Powstała powieść ponadczasowa i nieśmiertelna. Dziesięć lat i kilkanaście tekstów osadzonych w Znanym Wszechświecie później powstała jej kontynuacja zatytułowana Budowniczowie Pierścienia. Choć była dość wtórna w stosunku do poprzedniczki, mogła jednak dostarczyć sporo niezłej rozrywki, szczególnie tym czytelnikom, którzy polubili świat wykreowany przez Nivena. Czas mijał, powstawały kolejne powieści i opowiadania dopracowujące i uzupełniające stworzony przez Amerykanina świat, w międzyczasie jednak pisał on też inne utwory, osadzone w zupełnie odrębnych realiach. Kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych autor miał problemy z napisaniem The Ghost Ships - zakontraktowanej kontynuacji Całkowych drzew i The Smoke Ring, postanowił wrócić na Pierścień i rozwinąć wątki zarysowane w Budowniczych…. Tym sposobem w 1996 r. – dwadzieścia sześć lat po premierze pierwszego tomu cyklu – opublikowany został Tron Pierścienia - trzecia powieść Nivena osadzona na powierzchni gigantycznego kosmicznego artefaktu zamieszkanego przez biliony istot.

wtorek, 18 stycznia 2011

Smoki krasnoludzkich podziemi - Margaret Weis, Tracy Hickman - recenzja z portalu Fantasta.pl

Kilka miesięcy temu miałem okazję zapoznać się z jednym z najnowszych dzieł duetu autorskiego Margaret Weis, Tracy Hickman, a mianowicie ich powieścią Smocze kości osadzoną w autorskim świecie. Książka ta zaskoczyła mnie pozytywnie, gdyż mimo, iż napisana w sposób trochę ugrzeczniony i w zasadzie bardzo prosty, potrafiła wciągnąć w wir wydarzeń w niej opisanych, stanowiąc całkiem solidną porcje rozrywkowej literatury. Kiedy więc dostałem do ręki Smoki krasnoludzkich podziemi – powieść osadzoną w świecie Dragonlance, który był przez lata podstawowym obszarem twórczości Amerykanów, miałem dosyć mieszane uczucia. Z jednej strony było to przeświadczenie, że Weis i Hickman potrafią stworzyć ciekawą historię i równie przekonująco ją opowiedzieć. Z drugiej jednak strony miałem pewne obawy dotyczące przeraźliwie już wyeksploatowanego świata, a przede wszystkim bohaterów znanych z kart Kronik Smoczej Lancy. Nie ukrywam, że Smoki jesiennego zmierzchu czy Smoki zimowej nocy były dla mnie jednymi z pierwszych pozycji fantasy, jakie w połowie lat dziewięćdziesiątych wpadły w moje ręce i do tej pory darzę je sporym sentymentem. Ale jednak takiej fantastyki: do bólu epickiej, z prostą, opartą na heroicznych questach fabułą, a także schematycznymi, czasem wręcz przerysowanymi postaciami jest na rynku na pęczki. Niestety, o ile kiedyś jeszcze raz na jakiś czas taka lektura mnie bawiła, o tyle obecnie coraz częściej powoduje tylko irytację. Koniec końców postanowiłem dać kolejnym Smokom… szansę. W końcu w tym przypadku mamy do czynienia z powieścią autorów, którzy tego typu konwencję (heroicznej fantasy mocno inspirowanej grami fabularnymi w klimacie D&D) stworzyli. Licząc wiec na to, że lepszy oryginał niż kopia starałem się być optymistą. Tym bardziej, że zapowiedzi książki brzmiały dość intrygująco. Smoki krasnoludzkich podziemi stanowią bowiem fabularny pomost pomiędzy klasycznymi pozycjami cyklu Dragonlance: Smokami jesiennego zmierzchu i Smokami zimowej nocy. Ten, kto czytał te pozycje powinien pamiętać, że przeskok między dwoma pierwszymi tomami cyklu Kroniki Smoczej Lancy fundował czytelnikowi informację o sporej ilości heroicznych czynów, których Drużyna pod wodzą Tanisa Półelfa dokonała jakby „w międzyczasie”. Tutaj mieliśmy uzyskać odpowiedź co dokładnie we wspomnianym „międzyczasie” się zdarzyło: a mianowicie jak uchodźcy z Pax Tharkas dotarli do krasnoludzkiego królestwa Thorbardinu i w jakich okolicznościach odzyskano legendarny Młot Kharasa. No cóż, wypadało zatem wybrać się w kolejną podróż do świata Dragonlance.

Na początek należy wyraźnie zaznaczyć, że książka dzieli się na dwie różne od siebie części. W pierwszej mamy do czynienia ze swoistą rekapitulacją sytuacji powstałej po zakończeniu tomu otwierającego klasyczne Kroniki i zawiązaniem właściwej fabuły. W drugiej zaś, akcja przenosi się do krasnoludzkiego królestwa Thorbardinu. Trzeba przyznać, że o ile dalsza część powieści jest dość sztampowym, przeciętnym, ale w sumie zdatnym do czytania heroicznym fantasy, o tyle przebrnięcie przez pierwsze 250 stron to po prostu mordęga. Fabuła wlecze się przeokrutnie, a poszczególne sceny są po prostu nudne. Do tego, o ile dość zrozumiałe są przeskoki narracyjne pomiędzy watkami dotyczącymi poszczególnych bohaterów cyklu, o tyle dokooptowanie wątku smokowców i „komplikacji” wokół śmierci Verminaarda wydaje się być dosyć sztuczne. Tym, co najbardziej jednak irytuje, są bohaterowie. Tak właśnie, te klasyczne już postacie, znane i lubiane przez tysiące czytelników, tu stają się momentami denerwujące do obrzydzenia. Szczególnie jeśli pamiętamy klasyczny cykl Kronik: tam mimo bardzo wyraźnego rysu charakterologicznego czasem coś nas potrafiło zaskoczyć w Raistlinie czy Tasselhoffie. Tutaj tego nie ma: Tanis jest wiecznie rozdarty, Tika zakochana w Caramonie i zakompleksiona, Tasselhoff bardziej infantylny niż zwykle, Caramon bardziej niż kiedykolwiek zdominowany przez brata, a Raistlin… no właśnie, a Raistlin (przynajmniej w pierwszej części powieści) tak wyrachowany i cyniczny jak chyba w żadnej innej pozycji spod znaku Smoczej Lancy. Tu nie ma już miejsca na jakieś rozdarcie wewnętrzne i pewną niejednoznaczność, którą postać ta zaskarbiła sobie rzesze sympatyków. Jest to boleśnie odczuwalne szczególnie w momentach gdzie na pierwszy plan powieści wychodzą relacje bliźniaków: nie dość, że pojawiające się w praktycznie całym cyklu na wiele sposobów, to jeszcze tu przedstawione tak jednoznacznie jak nigdzie indziej. Rozpaczliwie słabego obrazu pierwszej części tej powieści dopełnia fabularne rozwiązanie podstawowego wątku księgi otwierającej Smoki krasnoludzkich podziemi – „Jak dostać się do Throbardinu?”, które mogłoby się ubiegać o nominację dla najbardziej bezsensownego deus ex machina w historii fantasy.

Na szczęście druga część potrafi nam poniekąd zrekompensować ból przebrnięcia przez pierwsze 250 stron. Przede wszystkim akcja przenosi się do krasnoludzkiego królestwa Thorbardinu, gdzie mamy okazję poznać meandry krasnoludzkiej polityki i odkryć kilka intrygujących konfliktów. Poza tym nacisk położony zostaje na postać Flinta Fireforge’a, krasnoluda, na którego barkach spoczęła odpowiedzialność nie tylko za los grupy uchodźców z Pax Tharkas, ale i za przyszłość całej, podzielonej i skonfliktowanej wewnętrznie rasy krasnoludów. Dodatkowo postacie poboczne nabierają trochę kolorytu (nie tylko Raistlin i Sturm, ale i nawet Tasselhoff!), a akcja nabiera tempa. Owszem, wciąż jest to proste w założeniach, heroiczne fantasy sprowadzające się koniec końców do tego, że po obejściu X pułapek i rozwiązaniu Y zagadek udaje się zdobyć potężny artefakt. Jest to jednak fantasy przyzwoicie pomyślane i dobrze napisane, co stanowi przyjemną odmianę po zapowiadającej kompletną katastrofę części pierwszej.

Smoki krasnoludzkich podziemi nie jest pozycją dla każdego. W zasadzie jedyną grupą odbiorców, jakiej mógłbym tą książkę polecić jest grono zatwardziałych fanów Smoczej Lancy, ale oni i tak po tą powieść sięgną. Czy ktoś jeszcze mógłby się pierwszym tomem Zaginonych Kronik zainteresować? Może Ci, którzy lata temu fascynowali się losami Drużyny Lancy i intrygują ich wciąż wydarzenia, które miały miejsce między Smokami jesiennego zmierzchu a Smokami zimowej nocy. Ale i oni muszą uzbroić się w ogromną dozę dystansu do tego co się czyta. Poza wypełnieniem luki fabularnej w oryginalnych Kronikach powieść ta nie ma bowiem zbyt wiele do zaoferowania. Mam wrażenie, że autorzy raczej wyrządzili lubianym bohaterom krzywdę spłycając ich, skupiając się na i tak już wyraźnych cechach ich charakterów. Szkoda, bo w sumie tak Kroniki jak i Legendy darzyłem sporym sentymentem, a po lekturze Smoków krasnoludzkich podziemi chyba już nie odważę się ponownie do nich wrócić. Po co się irytować…?

2/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...