Z polskim fantasy jakoś zawsze było mi nie po drodze – jeśli miałem
ochotę na literaturę w tej konwencji, zwykle sięgałem po tę z Zachodu. Z
poziomem było różnie, częściej gorzej niż lepiej. I tu tkwi paradoks,
bo na rodzimej fantasy zawiodłem się tylko raz jedyny (przyznać się, ilu
z Was przebrnęło bez zgrzytania zębami przez Śmierć magów z Yara?). Z czytanych przeze mnie rzeczy cykl Sapkowskiego jest co najmniej dobry, opowiadania wręcz wybitne, Król bezmiarów
Kresa jest doskonały, a i inkwizytorskie książki Piekary, choć mniej
klasycznie podchodzą do konwencji, też mogą się momentami podobać. A
jednak sięgałem po tego typu literaturę niezbyt często. Czas przeszły w
poprzednim zdaniu nie jest tu bynajmniej przypadkowy. Powodem stały się
świetne teksty Roberta M. Wegnera, które są dowodem tego, że nad Wisłą i Odrą może powstać fantasy na najwyższym poziomie.
