Lubię miniserie, a dokładniej rzecz ujmując: lubię ich zbiorcze wydania. Otwierając taki komiks mam bowiem pewność, iż dostaję do ręki zamkniętą, przemyślaną całość – bez żadnych pootwieranych wątków, które ciągnąć się będą nie wiadomo jak długo, bez notorycznych cliffhangerów, bez pojawiających się znikąd, a potem nagle wracających bohaterów, bez zastanawiania się kiedy (i czy w ogóle) dane będzie doczekać się finału. Tu jest nieco prościej: zamknięta ilość postaci, wątków, zwykle dość klasyczny schemat historii składającej się „po bożemu” ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia, no i, ogólnie rzecz biorąc, satysfakcja biorąca się z przeświadczenia czytelnika o obcowaniu z dziełem kompletnym (nie trzeba szukać jednego numeru zupełnie nieznanej sobie serii tylko po to, aby prześledzić np. jeden z pobocznych wątków historii). Wszystko zamknięte w jedną okładkę, kompletne i całościowe: ile z tego wyciągnę, tyle moje. Stąd też cieszy mnie niezmiernie, gdy na naszym rynku znajduje się miejsce na publikacje tego typu. Radość ta jest jeszcze większa w momencie, gdy ukazują się historie uznane i nagradzane, autorstwa świetnych twórców. Przykładem tego typu komiksu, może być zbiorcze wydanie uhonorowanej Nagrodą Eisnera miniserii Przebudzenie.
