Przyzwyczailiśmy się, że zdecydowana większość importowanej do Polski fantastyki pochodzi z krajów anglosaskich. Czasem trafi się jeszcze coś z Rosji, Ukrainy lub Czech. Fantasy czy science fiction z innych rejonów świata to już jednak wydawnicza egzotyka, wyjątkowo rzadko goszcząca na naszych półkach. Do niedawna okienkiem na szeroki (fantastyczny) świat była antologia Kroki w Nieznane, czasem przemycano jakieś krótsze teksty na łamach „Nowej Fantastyki”, generalnie jednak nie było tego za wiele. A przecież nietrudno się domyślić, że tego typu literatura nie jest domeną wyłącznie Anglosasów. Znalazło to zresztą swoje odzwierciedlenie w branżowych wyróżnieniach – w 2015 roku po raz pierwszy Nagroda Hugo za najlepszą powieść powędrowała do książki, która nie powstała po angielsku. Nie trzeba było długo czekać, aby trafiła ona także na nasz rynek. Przed państwem Problem trzech ciał autorstwa Cixina Liu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Hugo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Hugo. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Cixin Liu - Problem trzech ciał - recenzja z portalu Fantasta.pl
Przyzwyczailiśmy się, że zdecydowana większość importowanej do Polski fantastyki pochodzi z krajów anglosaskich. Czasem trafi się jeszcze coś z Rosji, Ukrainy lub Czech. Fantasy czy science fiction z innych rejonów świata to już jednak wydawnicza egzotyka, wyjątkowo rzadko goszcząca na naszych półkach. Do niedawna okienkiem na szeroki (fantastyczny) świat była antologia Kroki w Nieznane, czasem przemycano jakieś krótsze teksty na łamach „Nowej Fantastyki”, generalnie jednak nie było tego za wiele. A przecież nietrudno się domyślić, że tego typu literatura nie jest domeną wyłącznie Anglosasów. Znalazło to zresztą swoje odzwierciedlenie w branżowych wyróżnieniach – w 2015 roku po raz pierwszy Nagroda Hugo za najlepszą powieść powędrowała do książki, która nie powstała po angielsku. Nie trzeba było długo czekać, aby trafiła ona także na nasz rynek. Przed państwem Problem trzech ciał autorstwa Cixina Liu.
Etykiety:
5.5/6,
Cixin Liu,
hard SF,
Nagroda Hugo,
polecanki,
Rebis,
Santi,
science-fiction
czwartek, 23 marca 2017
Ms Marvel. Niezwykła – G. Willow Wilson, Adrian Alphona - komiksowa recenzja z Szortalu
Szesnaście lat to trudny wiek
Muszę przyznać, że na premierę polskiego wydania Ms Marvel czekałem z ogromną niecierpliwością. Serię obsypano już nagrodami po obu stronach Wielkiej Kałuży – otrzymała między innymi Hugo, nagrodę festiwalu w Angoulême, a Adrian Alphona został uhonorowany Nagrodą Joego Schustera. Gdy dodamy do tego liczne nominacje do nagród Eisnera i Harveya, kolekcja robi się całkiem pokaźna. Jednocześnie tytuł ten wywołał sporo medialnego zamieszania, trafiając na łamy mediów – od CNN, przez „The Guardian” aż po Al-Dżazirę. Został także przywołany przez prezydenta Obamę (po tym jak otrzymał egzemplarz komiksu od redaktorki serii – Sany Amanat). Na czym polega więc fenomen Ms Marvel, jej tytułowa „niezwykłość”?
Etykiety:
5.5/6,
Adrian Alphona,
Egmont,
G. Willow Wilson,
komiks,
Marvel,
Marvel Now!,
Ms. Marvel,
Nagroda Angouleme,
Nagroda Hugo,
polecanki,
Szortal
czwartek, 1 października 2015
Zabójcza Sprawiedliwość - Ann Leckie - recenzja z portalu Fantasta.pl
Muszę przyznać, że na tę premierę czekałem jak na mało którą. Zadziałały tu głównie dwa czynniki: ciągły niedobór rasowych space oper na naszym rynku (choć trzeba przyznać, że ostatnio sporo się w tej kwestii zmienia), a także (a może przede wszystkim) magia nagród. Nie da się bowiem Zabójczej sprawiedliwości odmówić zdobytego poklasku. Swą debiutancką powieścią Ann Leckie zgarnęła fantastycznonaukowego Wielkiego Szlema, otrzymując m.in. Hugo, Nebulę czy nagrody Locusa, BSFA i Arthura C. Clarke'a. Więcej już się chyba nie dało. Informacja o wydaniu tej powieści przez coraz aktywniejsze na polu science fiction wydawnictwo Akurat ucieszyła mnie więc wielce. Nieco mniej ucieszył mnie sposób, w jaki został przetłumaczony tytuł („Ancillary”– 'zabójczy'? Serio?!), ale nie on jest tutaj najważniejszy. Liczy się treść i to, co w space operze najważniejsze: pomysł, rozmach i odpowiednio dynamiczna akcja.
czwartek, 25 czerwca 2015
Trawa - Sherri S. Tepper - recenzja z portalu Fantasta.pl
Bardzo często można usłyszeć, że literatura pisana przez kobiety różni się zauważalnie od literatury tworzonej przez mężczyzn. Mimo że zwykle takie stwierdzenie mnie drażni (choć na dobrą sprawę teza o tym, że płeć kulturowa ma przełożenie na sztukę nie powinna rodzić specjalnych kontrowersji), to jednak czasem nie pozostaje nic innego, jak tylko przytaknąć, stwierdzając, że istotnie, dane dzieło nosi w sobie wybijający się na pierwszy plan pierwiastek tego, co w naszej kulturze przypisywane jest szeroko pojętej „kobiecości”: skupienie się na emocjach, uczuciach, relacjach między bohaterami i uczynienie z nich jednej z głównych motywacji do działania. Niby nic specjalnie wyjątkowego, raczej coś, co stanowi niezbędny element dobrej literatury bez względu na płeć autora. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w przypadku science fiction – literatury, która wyewoluowała wokół zbeletryzowanych opisów technologicznych i społecznych osiągnięć przyszłości – faktycznie jest coś na rzeczy. Nowa Fala przełomu lat 60. i 70. XX wieku do tej pory uchodzi za literackie wydarzenie, które uczyniło z fantastyki naukowej „pełnoprawną literaturę”. Spadkobierczynią tego nurtu jest Sheri S. Tepper, autorka Trawy.
Etykiety:
4.5/6,
Artefakty,
fantasta.pl,
klasyka,
MAG,
Nagroda Hugo,
Nagroda Locus,
science-fiction,
Sheri S. Tepper,
Trawa,
Trylogia Arbaiów
wtorek, 24 marca 2015
Saga, Tom 1 – Brian K. Vaughan, Fiona Staples - komiksowa recenzja z Szortalu
Banałem jest stwierdzenie, że pewne motywy są na tyle uniwersalne, że bez względu na konwencję dzieła stanowić mogą kanwę znakomitej opowieści. Weźmy na przykład miłość miedzy przedstawicielami dwóch zwaśnionych stronnictw: od Romea i Julii po West Side Story bez względu na formę przekazu, scenografię i czas powstania, historia tego typu potrafi przyciągnąć uwagę odbiorców. Może zatem komiks? Jasne. A może w inspirowanej nieco Gwiezdnymi Wojnami i Flashem Gordonem konwencji space opery przemieszanej z fantasy? Pewnie, czemu nie. A gdyby zakochana para miała dziecko, które musi zostać ukryte przed próbującymi je złapać przedstawicielami obu stron kosmicznego konfliktu? Oczywiście! Powyższa charakterystyka z grubsza opisuje Sagę – jedną z najgoręcej przyjętych serii komiksowych ostatnich lat.
Etykiety:
5.5/6,
Brian K. Vaughan,
Fiona Staples,
Image Comics,
komiks,
Mucha Comics,
Nagroda Eisnera,
Nagroda Hugo,
polecanki,
Saga,
space opera
piątek, 12 września 2014
Czerwone koszule - John Scalzi - recenzja z portalu Fantasta.pl
Napisać dobrą parodię nie jest łatwo. Potrzebne jest
do tego nie tylko poczucie humoru i co najmniej przyzwoity warsztat, ale
przede wszystkim niezbędne jest znakomite wyczucie i głębokie
zrozumienie parodiowanej konwencji czy dzieła. A i tak podejmujący ten
trud autor naraża się zarzut stworzenia dzieła jednowymiarowego:
nieważne pamfletu czy paszkwilu na temat iks lub igrek. Z parodią (czy
też pastiszem) postanowił zmierzyć się znany i ceniony (choćby za Wojnę starego człowieka) John Scalzi.
Autor specjalizujący się w literaturze głęboko zakorzenionej w klasyce
science fiction sięgnął po sztandarowy serial konwencji – oryginalnego Star Treka.
Na pierwszy rzut oka temat wydaje się być znakomity – serial był bowiem
niezwykle charakterystyczny, pełen kuriozalnych elementów znanych także
z innych dzieł SF tamtej ery. Wraz z mijającymi latami nie tylko
dorobił się jednak statusu ponadczasowego (choć, po prawdzie, wiele
odcinków nie najlepiej zniosło próbę czasu), ale wręcz wyrosła wokół
niego (i jego kontynuacji) cała kultura i towarzyszący jej przemysł.
Tyle tylko, że Amerykanin napisał coś znacznie więcej niż prosta parodię
– książkę złożoną, wielowymiarową i głęboką… choć nie od razu daje się
to zauważyć.
Etykiety:
Akurat,
Czerwone koszule,
fantasta.pl,
John Scalzi,
Nagroda Hugo,
Nagroda Locus,
pastisz,
polecanki,
science-fiction,
Star Trek
środa, 16 lipca 2014
Związek żydowskich policjantów - Michael Chabon - recenzja z portalu Fantasta.pl
Flirt fantastyki i kryminału nie jest w zasadzie
niczym nowym. Można wręcz rzecz, że jest to jedna z częściej
spotykanych kombinacji w ramach łączenia ze sobą różnych konwencji
gatunkowych. Jest to zadanie o tyle wdzięczne, że dzięki położeniu
punktu ciężkości na różne elementy dzieła literackiego, konwencje te
bardzo dobrze się uzupełniają: fantastyka dostarcza entourage’u i
konstrukcji świata przedstawionego, zaś kryminał determinuje przede
wszystkim klimat i fabułę. Kiedy zaś na tego typu połączenie decyduje
się znakomity warsztatowo, nagrodzony Pulitzerem pisarz głównonurtowy,
można spodziewać się całkiem sporo. Związek żydowskich policjantów Michaela Chabona
istotnie odniósł znaczny sukces zdobywając m.in. Hugo, Nebulę i nagrodę
Locusa. Czy faktycznie jest to powieść tak dobra, jak można wnioskować
na podstawie zdobytych laurów?
wtorek, 1 października 2013
Amerykańscy bogowie - Neil Gaiman - recenzja z portalu Fantasta.pl
Choć współczesna komercyjna fantasy coraz częściej
wydaje się być niczym więcej jak tylko dość wyrazistą stylistyką, u
źródeł tej konwencji leżą mity – ich eksploracja, reinterpretacja, próby
opowiedzenia na nowo i szukania uniwersalnych prawd i wzorców. Miecze,
smoki, elfy czy magia to tylko atrakcyjne rekwizyty. Możliwe jest jednak
wyjście poza klasyczny schemat magii i miecza, pokazanie modelowej
opowieści fantasy w innej, współczesnej scenografii. Za jednego z
mistrzów tego typu literatury uchodzi Neil Gaiman, a Amerykańscy bogowie często wymieniani są jako jego opus magnum. Czy zasłużenie?piątek, 6 września 2013
Odtrutka na optymizm - Peter Watts - recenzja z portalu Fantasta.pl
Nie tak dawno temu, przy okazji premiery kolejnych tomów Trylogii Ryfterów zwróciłem uwagę na fakt, iż na polskim rynku mamy do czynienia ze swoistym fenomenem Petera Wattsa.
Zjawisko to nie przestaje mnie zadziwiać, i to co najmniej w kilku
wymiarach. Z jednej strony, co zresztą autor sam zauważa, chyba w żadnym
innym kraju jego twórczość nie cieszy się taką popularnością co nad
Odrą i Wisłą – to tu zdobywał pierwsze nagrody, to tu ma stały felieton w
prasie, to tu wreszcie ukazuje się pierwszy pełny zbiór jego krótkich
form – Odtrutka na optymizm. Z drugiej strony, obiektywnie trzeba przyznać, że twórczość Wattsa
nie należy do prozy rozrywkowej, której względnie łatwo jest znaleźć
poklask szerokiej publiki. Wręcz przeciwnie, teksty Kanadyjczyka pełne
są pokrętnych pomysłów, naukowego żargonu, krytyczne, przesycone
depresyjną atmosferą. A jednak autor ten znajduje się wśród najbardziej
uznanych twórców współczesnej science fiction. W przedmowie do polskiego
wydania Rozgwiazdy Watts sugerował, iż odbiór jego prozy w
Polsce może wynikać z ukształtowania czytelniczej wrażliwości Polaków
przez dzieła Lema. No cóż, może i jest w tym jakieś ziarnko prawdy, ale
może po prostu mamy do czynienia ze świetnym autorem?
Etykiety:
5/6,
hard SF,
MAG,
Nagroda Hugo,
Odtrutka na optymizm,
opowiadania,
Peter Watts,
polecanki,
science-fiction,
Wyspa
piątek, 16 listopada 2012
Krokodylowa skała - Lucius Shepard - recenzja z portalu Fantasta.pl
Kiedy kilka miesięcy temu miałem okazję przyjrzeć się bliżej Smokowi Griaule,
byłem bardzo zadowolony z faktu zwrócenia uwagi polskich wydawców na
twórczość jednego z najważniejszych amerykańskich autorów niebanalnej
fantastyki, a mianowicie Luciusa Sheparda. Tym większa była moja radość, gdy w planach wydawniczych Solarisu pojawił się zbiór najlepszych opowiadań autora Zielonego kocura diabła,
z których zdecydowana większość to teksty, które zdobyły bądź były
nominowane do najważniejszych nagród fantastycznych. Minęło kilka
miesięcy i Krokodylowa skała trafiła do rąk szerszej publiczności. Muszę przyznać, że na zapoznanie się z jej zawartością czekałem bardzo niecierpliwie.
czwartek, 7 kwietnia 2011
Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć - Paolo Bacigalupi - recenzja z portalu Fantasta.pl
Nie pamiętam, żeby oczekiwanie na jakąś książkę wzbudzało we mnie tyle emocji. Powodów takiego stanu rzeczy było kilka. Przede wszystkim, co tu dużo kryć, wrażenie robiła ilość nagród, jakimi Nakręcana dziewczyna została obsypana. Hugo, Nebula, Nagroda Campbella, Nagroda Locusa… Poza tym opinia o Paolo Bacigalupim jako o pisarzu nowatorskim, twórcy nowego podgatunku, który zaczęto nazywać biopunkiem. Żeby było jeszcze piękniej, MAG postanowił wydać powieść-multilaureatkę wraz ze zbiorem opowiadań Amerykanina Pompa numer sześć w jednym opasłym tomie w ramach serii Uczta Wyobraźni. Czekałem zatem i się doczekałem. A jak się doczekałem to przeczytałem. A jak przeczytałem…
czwartek, 6 stycznia 2011
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki 2010 - recenzja z portalu Fantasta.pl
Kilkakrotnie już wspominałem o tym, że recenzowanie zbiorów opowiadań to zajęcie dość trudne i w sumie niewdzięczne. Pół biedy kiedy dostajemy do ręki wybór tekstów jednego autora lub antologię układaną według jakiegoś tematycznego klucza. Wtedy można teksty do woli ze sobą porównywać, zestawiać, tworzyć swoiste protokoły zbieżności i rozbieżności itp. Zdecydowanie gorzej sprawy się mają, przynajmniej z punktu widzenia osoby, od której oczekuje się jakiegoś ustosunkowania się do zawartości takowego zbioru, gdy poszczególnych opowiadań nie łączy w zasadzie nic ponad to, że znalazły się między przodem i tyłem jednej okładki. W przypadku Kroków w nieznane takim punktem wspólnym jest jeszcze to, że generalnie rzecz biorąc wszystkie z tych opowiadań można zaliczyć do szeroko rozumianej fantastyki. Pod koniec lektury można co prawda stwierdzić wspólny dla wszystkich zawartych w niej tekstów wysoki poziom, aby jednak tego dokonać wypadałoby się najpierw zapoznać z ich treścią. A zatem, do lektury!
czwartek, 25 listopada 2010
Miasto i Miasto - China Miéville - recenzja z portalu Fantasta.pl
Bardzo cieszy mnie tendencja szybkiego wydawania w naszym kraju pozycji zdobywających uznanie na poletku ogólnoświatowej fantastyki. Jasne, zawsze można sobie sprawić wydanie anglojęzyczne, niestety zwykle sprowadzenie tego typu pozycji chwile trwa, a i ceny książek obcojęzycznych w kraju nad Wisłą zbyt zachęcające nie są (przynajmniej jeśli chodzi o zagraniczne nowości, które są na topie). W roku 2010 pozycjami, które zwróciły na siebie ogromną uwagę fantomu były: wydany już w Polsce (i zrecenzowany tak na łamach Fantasty, jak i na tym blogu) doskonały Palimpsest Catherynne M. Valente, The Windup Girl Paolo Bacigalupiego (polskie wydanie planowane jest na styczeń), a także kolejna powieść czołowej postaci brytyjskiej fantastyki Chiny Miéville’a zatytułowana Miasto i Miasto, która właśnie trafiła na księgarskie półki w naszym kraju. I tej właśnie pozycji postaram się poświęcić kilka słów.
Kilka miesięcy temu nie szczędziłem Brytyjczykowi pochwał przy okazji omawiania zbioru jego opowiadań zatytułowanego W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania. Zwracałem tam uwagę na bardzo umiejętne połączenie fantastycznej wyobraźni z popartą politycznym zacięciem inteligentną krytyką współczesnego społeczeństwa. Krótko mówiąc Miéville zaimponował mi swoistym socjologicznym zmysłem pozwalającym zwracać uwagę na intrygujące wycinki naszej rzeczywistości i wykorzystywać je jako źródło motywów dla swojej twórczości. Z drugiej strony autor ten wpisuje się w bardzo charakterystyczny nurt we współczesnej fantastyce (choć w zasadzie widoczny jest on także w literaturze głównego nurtu) stawiający w centrum opowieści motyw miasta. W przypadku opowiadań zawartych we W poszukiwaniu Jake’a… miastem tym był widziany na różne sposoby Londyn. Podobną fascynację miastem, jako specyficzną przestrzenią (tak społeczną, jak i fizyczną) można obserwować także choćby u wspomnianej już Valente, Jeffa Vandermeera, czy M. Johna Harrisona. W przypadku Miasta i Miasta Miéville popisuje się dodatkowo kapitalną umiejętnością mieszania gatunków i konwencji, tworząc wybuchową mieszankę wielu motywów.
Dla wielu czytelników pewnym zaskoczeniem może być fakt, że powieść Brytyjczyka jest zasadniczo niczym innym, jak czarnym kryminałem. Inspiracje pracami Raymonda Chandlera są tu wyraźnie widoczne. Miévillowskim odpowiednikiem Philipa Marlowe’a, głównego bohatera prowadzącego narrację jest inspektor Tyador Borlú, reprezentujący Brygadę Najpoważniejszych Zbrodni policzai miasta Besźel – stolicy małego kraiku położonego gdzieś w Europie Środkowej. Jeśli chodzi o fabułę to mamy tu do czynienia z absolutną klasyką gatunku, w bardzo dobrym wykonaniu. Śledztwo rozpoczynające się znalezieniem zwłok nieznanej kobiety, jak przystało na kryminał wciąga nas w wir spekulacji na temat tego kto, i dlaczego mógł dokonać tego czynu. Na drodze do rozwiązania tej zagadki okazuje się, że każdy strzępek informacji rodzi kolejne pytania, a droga do znalezienia rozwiązania jest niebezpieczna i wymaga wielu działań leżących w zdecydowanej sprzeczności z zasadami rutynowego postępowania policjanta, często mogących doprowadzić do międzynarodowego skandalu. Miéville w tym aspekcie specjalnie nie zaskakuje, oddając tu hołd klasyce gatunku. Jego bogata wyobraźnia i talent do ciekawych, oryginalnych obserwacji znajdują ujście gdzie indziej.
Punktem centralnym powieści staje się koncepcja splecionych ze sobą metropolii: Besźel i Ul Qomy. Dwóch miast, które pozornie dzielą tą samą przestrzeń, funkcjonują jednak jako odrębne organizmy: topograficznie, ekonomicznie, politycznie i społecznie. Pomysł jest niezwykle oryginalny i stanowi dla Brytyjczyka punkt wyjścia dla swobodnego operowania tym, co jest jednym z najsilniejszych punktów jego twórczości, a mianowicie prowadzenia błyskotliwych, politykujących obserwacji życia społecznego i ich komentowanie. Niuanse wzajemnych relacji „przeoczających się miast”: ich historii, polityki i kultury robią ogromne wrażenie bogactwem detali i zgrabnym wpisaniem je w realia znanego nam świata. Muszę przyznać, że poznawanie tego świata wciąga chyba jeszcze bardziej niż intrygująca fabuła Miasta i Miasta. Z drugiej strony Miéville używa motywu dwóch odrębnych miast dzielących tą samą przestrzeń jako metafory wzajemnych relacji różnych społeczności dzielących to samo terytorium, wplatając w tą rzeczywistość mnóstwo odwołujących się do tego motywu smaczków: jak choćby będąca doskonale prosperującym biznesem restauracja żydowsko-muzułmańska, czy też ciekawy portret radykalnych ruchów politycznych (których przecież sam autor także jest przedstawicielem). Wszystkie te socjologiczne obserwacje i komentarze podane są jednak w specyficzny sposób, nawiązujący trochę do wspominanego przez samego autora Franza Kafki, mi zaś przywodzący na myśl choćby Josepha Hellera. Machina społeczno-polityczna odseparowująca od siebie Besźel i Ul Qomę jest pełna paradoksów i absurdów, a groźba wkroczenia tajemniczej Przekroczeniówki jeszcze je wzmacnia. Miasto i Miasto ma jeszcze jeden wymiar, a mianowicie jest to swoisty portret zmitologizowanej przestrzeni miasta. Zmitologizowanej choćby przez fakt współdzielenia jej przez dwa odrębne organizmy, żyjące swoim własnym życiem i rytmem. Besźel i Ul Qoma są dla siebie równie oczywiste co niedostępne, równie bliskie co odległe. Efektem jest bogactwo onirycznych wręcz wizji sytuujących się na granicy tego co widzialne i niewidzialne i tego co dozwolone i zakazane. To co pozornie bliskie i znane, miejsca, ludzie, smaki i zapachy, okazują się być owiane nimbem tajemnicy i noszą swoiste piętno zakazanego owocu. Takie zmitologizowane pokazywanie przestrzeni miasta, odkrywanie jej na nowo rodzi skojarzenia z Brunonem Schulzem, którego twórczością Brytyjczyk wyraźnie się inspiruje, czego wyraz dał otwierając swą powieść cytatem ze Sklepów Cynamonowych.
Ten kapitalnie wykreowany świat zapełniają jednak postacie skonstruowane w dużo prostszy sposób. Borlú to typowy detektyw, twardy, zdeterminowany, skłonny złamać czasem pewne zasady w imię rozwiązania sprawy. Podobne wrażenie robią też jego odpowiednicy z Ul Qomy. Do tego mamy pełną paletę różnych warstw społeczeństwa Miasta i Miasta: polityków, radykałów, naukowców i studentów. Każda z tych grup została sportretowana w sposób bardzo obrazowy i plastyczny, choć muszę przyznać, że nie ma tu jakiś wyjątkowych „fajerwerków”, a żadna z drugoplanowych postaci specjalnie w pamięć nie zapada. Zgodnie z konwencją w centrum wydarzeń umiejscowiona jest postać detektywa prowadzącego śledztwo, a tu postać Tyadora Borlú sprawdza się świetnie.
Miasto i Miasto otrzymało w 2010 Nagrodę Hugo, Nagrodę Locusa i Nagrodę Arthura C. Clarke’a - to musi robić wrażenie. Czy jednak rzeczywiście jest to powieść tak fascynująca, jak można by oczekiwać po zdobywczyni tylu prestiżowych wyróżnień? No cóż, może w pewnych kwestiach China Miéville wykonał „zaledwie” solidną robotę, ale sam pomysł dwóch splecionych miast i wielowarstwowość tej powieści robią naprawdę bardzo duże wrażenie. Do tego sprawny język, oryginalne na gruncie fantastyki nawiązanie do nurtu czarnego kryminału i bogactwo społecznych komentarzy powodują, że Miasto i Miasto staje się w moich oczach jedną z najważniejszych pozycji tego roku na naszym rynku wydawniczym. Co prawda niektórzy czytelnicy mogą trochę tęsknić za większym politycznym zaangażowaniem, znanym z innych pozycji tegoż autora, ale uważnie czytając tę powieść można doszukać się całkiem sporej ilości krytycznego spoglądania na rzeczywistość. Jest ono tu po prostu mniej oczywiste, bardziej schowane. No cóż, wypada to tylko potraktować jako pretekst do tego, by cieszyć się tą powieścią dłużej, szukając różnych możliwości odczytania jej. Bo tego, że warto się z nią zapoznać nie muszę już chyba dodawać…
5,5/6
Etykiety:
5.5/6,
China Miéville,
fantasta.pl,
kryminał,
lewica,
miasto,
Miasto i Miasto,
Nagroda Hugo,
Nagroda Locus,
polecanki,
Zysk i s-ka
czwartek, 23 września 2010
Siedemdziesiąt dwie litery - Ted Chiang - recenzja z portalu Fantasta.pl
Fantastyka Chianga jest bardzo trudna do sklasyfikowania. Niezwykle sprawnie czerpie on bowiem z wielu konwencji, poruszając bardzo odległe od siebie tematy. Teksty są napisane świetnym, żywym językiem, a bohaterowie wyraziści. Warsztat to jednak tylko drobny element stanowiący o fenomenie tych opowiadań. Najsilniejszymi punktami twórczości Amerykanina są doskonałe, niekonwencjonalne pomysły. Każde z opowiadań zabiera czytelnika w odmienną rzeczywistość. Za każdym razem jest to świat, który może wydawać się nam znany, jednak Chiangowi udaje się wprowadzić do pozornie swojskiej rzeczywistości coś, co zmienia ją w fascynujący setting fantastyki najwyższych lotów. Mamy więc okazję poznać budowniczych Wieży Babel, przekonać się jak wyglądałaby nauka oparta na kabale, śledzić losy człowieka, który w wyniku działania leku nowej generacji stał się hiperinteligentny lub też doświadczyć historii kontaktu z obcymi, z perspektywy językoznawcy. Wydaje się, że te pomysły nie są specjalnie oryginalne. To jednak tylko złudzenie. Chiang wykorzystuje ograne patenty okraszając je taką ilością kapitalnych idei, że każda z nich potrafi zaskoczyć świeżością spojrzenia. Wielkim plusem jest też doskonałe przygotowanie merytoryczne autora. Być może specjaliści od matematyki, neurologii, czy językoznawstwa potrafią znaleźć w tym co wychodzi spod jego pióra jakieś niedociągnięcia, jednak z perspektywy laika postacie wykreowane przez Chianga (często naukowcy, lub innego rodzaju specjaliści) są niezwykle przekonujące jako eksperci w swoich dziedzinach. Takie merytoryczne przygotowanie wymaga sporo pracy ze strony autora, a tu jest ono (przynajmniej z perspektywy piszącego te słowa) perfekcyjne.
Twórczość Chianga to jednak coś więcej niż tylko świetnie opracowane koncepcje. Praktycznie każdy tekst niesie ze sobą pewne przesłanie, myśl. Wyraźnie można zauważyć w twórczości Amerykanina pewne powtarzalne wątki. Jednym z nich są rozważania na temat postępu technologicznego czynionego przez ludzkość, a także społecznych konsekwencji tego postępu (Zrozum, Ewolucja ludzkiej nauki, Co ma cieszyć oczy). Ważnym element twórczości Chianga jest religia. Potrafi on stworzyć fascynujący setting np. poprzez swoiste urzeczywistnienie wizji pochodzących z tradycji kręgu judeo-chrześcijańskiego (Wieża Babilonu, Siedemdziesiąt dwie litery, Piekło to nieobecność Boga). Widać doskonałe opanowanie form i konwencji, którymi autor się posługuje, niezależnie od tego czy jest to historia alternatywna, opowieść szkatułkowa w klimatach orientalnych, opowiadanie zbudowane na wzór formalnego dowodu matematycznego, quasi-reportaż, czy też zanurzony w klimacie lemowskim swoisty testament zaginionej rasy myślących mechanizmów. Także i w tej materii należą się Chiangowi wielkie brawa.
Można wymienić wiele powodów dla których warto sięgnąć po Siedemdziesiąt dwie litery. Dla tych, którzy twórczość Amerykanina już znają jest okazja by postawić na półce niemal kompletny zbiór jego tekstów (niemal, gdyż w lipcu 2010 ukazała się jego najnowsza nowela zatytułowana The Lifecycle of Software Objects). Dla wielu magnesem mogą być nagrody, którymi obsypane zostały składające się na zbiór opowiadania (na 11 tekstów zawartych w Siedemdziesięciu dwóch literach tylko 4 nie zdobyły żadnej nagrody ani nominacji. Pozostałe teksty mają na koncie, bagatela, 4 nagrody Nebula, 3 nagrody Hugo (plus 4 nominacje do tejże nagrody) i 3 nagrody Locus. Wynik zaiste imponujący). Niezależnie od powodów, sięgnięcie po opowiadania Chianga z pewnością nie przyniesie czytelnikowi zawodu. Amerykanin ma rzadki talent tworzenia literatury najwyższej próby, pełnej doskonałych pomysłów, jednocześnie niezwykle przystępnej i potrafiącej przykuć uwagę czytelnika na długie godziny. Lepszej rekomendacji dla Siedemdziesięciu dwóch liter nie trzeba.
5,5/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)



