Często spotkać się można z opinią, iż klasyczna
„twarda” science fiction przeżywa kryzys. Fantastyka naukowa wydaje się
być w odwrocie co najmniej z kilku przyczyn. Można się tu doszukiwać
wyczerpania się formuły, przesytu wałkowanymi w kółko pomysłami i
motywami; nie sposób odmówić także znaczenia coraz większemu
sprofilowaniu fantastyki w kierunku rozrywki i wynikającej z niego
dominacji lżejszych form, jak fantasy czy też space opera. Wydaje się
jednak, że u podstaw takiego stanu rzeczy leży inna, dużo głębsza
zmiana, dotycząca obrazu samej nauki. Od czasów dominacji science
fiction jako literatury dostarczającej intelektualnej rozrywki
inżynierom nastąpił ogromny postęp i specjalizacja wiedzy. Obecnie nawet
nieźle wykształcony człowiek nie jest w stanie pojąć wszystkiego. To
utrudnienie dotyka też pisarzy: trudno być na bieżąco z dokonaniami
nauki choćby w głównych jej dziedzinach, trudno by inspirowały one do
tworzenia literackich wizji bez utraty czy też rozmycia komponentu
naukowego… a nawet jeśli uda się stworzyć wiarygodną naukowo wizję,
szansa na to, że trafi ona do szerszego grona odbiorców jest praktycznie
żadna… Znów pojawi się magiczna bariera kompetencji czytelnika i tego,
na ile strawny okaże się właściwy tekst. A jednak, okazuje się, że hard SF
ciągle się pisze, choć stała się niewątpliwie literaturą niszową,
adresowaną do relatywnie wąskiego grona odbiorców. Przykładem pisarza,
który dumnie dzierży sztandar (próbówkę? mikroskop?) nauki jest
Australijczyk Greg Egan – autor w Polsce co prawda znany, choć uznawany za wybitnie niszowego. Biorąc pod uwagę jego wydaną właśnie w serii Uczta Wyobraźni powieść pt. Diaspora, trudno się jednak takiemu stanowi rzeczy dziwić.
