czwartek, 1 lipca 2010

Lód - Jacek Dukaj - recenzja

Z książkami jest jak z każdym innym rezultatem ludzkiej twórczości: są bardzo różne. Czasem słabe, czasem po prostu przeciętne, innym razem, gdy znajdziemy w niej coś co przykuje naszą uwagę uznajemy taką książkę za dobrą. No, ale żeby rozkładowi normalnemu uczynić zadość, trzeba pamiętać, że powstają także książki wybitne. Jacek Dukaj w „Lamencie miłośnika cegieł” przyznał się do fascynacji długą, rozbudowaną fabularnie formą literacką (czyli formą powieściową właśnie). Rezultatem fantazji, warsztatu i wspomnianych literackich fascynacji tegoż autora powstał Lód… książka wybitna?

Jeden z najczęściej nagradzanych polskich pisarzy-fantastów stworzył DZIEŁO. Nie „dzieło”, lub „Dzieło”, ale właśnie „DZIEŁO”. Lód jest taki, jak Rosja, w której dzieje się jego akcja: monumentalny. Wszystko zresztą pięknie się tu zazębia. Tak jak motyw podróży Koleją Transsyberyjską, który daje liczne okazje do prezentacji przeróżnych przemyśleń, stanowisk i idei, tak samo lektura tej powieści z założenia musi być powolna, niespieszna, ale z drugiej strony wymagająca od czytelnika ciągłego skupienia. Dukaj uczynił bowiem rzecz niebagatelną: napisał powieść Science Fiction, w której miejsce fizyki, chemii, biologii, czy nanotechnologii zajęły historiozofia i logika. Powieść ta nasycona jest potężną dawką rozważań o naturze ludzkich losów. Kto jest suwerenem dziejów? Czy ludzie mogą tworzyć Historię, czy to Historia tworzy ludzi? Mimo, iż Dukaj wkracza tu na poletko dość hermetyczne (ale czyż klasyczne dla SF futurystyczne przedstawienia technologii, lub fizyka kwantowa nie są jeszcze bardziej hermetyczne?), nie należy się bać nudnego wykładu z Hegla, Marksa czy Konecznego. Czterokrotny laureat „Zajdla” (w tym nagroda z 2007 za omawianą tu powieść) ubiera bowiem głębokie idee i rozważania na ich temat w słowa wypowiadane ustami swoich bohaterów. O ile Historia jest tu swoistym motywem przewodnim i tłem wszystkich wydarzeń, o tyle równie istotną rolę odgrywają tu logika czy matematyka. Nauka jest tu niemal wszędzie. Jeśli nie przedstawiana wprost w postaci omawianych koncepcji, czy wynalazków, to pojawia się zawarta niejako implicite w rozważaniach filozoficznych czy też politycznych, które stanowią ważny fragment dzieła. Miłośnicy fantastyki NAUKOWEJ powinni być Lodem zachwyceni.

Świat wykreowany ręką Dukaja fascynuje i wciąga. Alternatywna historia początków XX w., gdzie I wojna światowa nie wybuchła, a Imperium Romanowów zostało skute Lodem oszałamia swoją epickością. Dopracowany jest każdy szczegół. Dukaj doskonale balansuje między tym co jest autorską kreacją, a tym co zostało zaczerpnięte z faktycznej dwudziestowiecznej historii. Mamy tu więc i historyczne postacie, jak Piłsudski, czy Rasputin, a także wielkie ruchy społeczne epoki, z drugiej zaś mamy fantastyczne kreacje zjawisk które powstały w skutek wydarzeń czysto fantastycznych, jak cały ruch wyznawców Lodu. Nawet te jednak są ubrane w doskonałe szaty z epoki, skonstruowane bowiem są na wzór faktycznie istniejących sekt, które działały w Rosji. Alternatywny świat to także kapitalnie dopracowane alternatywne technologie. Ba! Wręcz alternatywna fizyka. Wszystko to jest niezwykle spójne i przekonujące. Czuć nie tylko znakomity warsztat autora, ale i niewiarygodną wyobraźnię. Bardzo podobały mi się opisy scenerii, w których dzieje się akcja powieści. Niezależnie czy jest to Warszawa, czy przedziały Trassibu, przemysłowe krajobrazy Zimnego Nikołajewska, salony Irkucka, bezkresna tajga, czy też rozszalały w rewolucyjnym uniesieniu obóz marcynowców, za każdym razem obraz jest uderzający i niesłychanie poruszający wyobraźnię. Wrażenie to potęguje rewelacyjny warsztat językowy autora. Dukaj wystylizował język powieści w sposób niebywały. I nie chodzi mi tu tylko o użycie specyficznej pisowni, czy częste makaronizmy (zwykle rosyjskie). Chodzi mi też o niesamowite połączenie języka narracji, z przemianami świta wokół (zwróć szanowny Czytelniku na to uwagę porównując ze sobą narrację Lata i narrację Zimy). To kolejny, niezwykle mocny punkt tej książki.

Bohaterowie Lodu to także pisarski majstersztyk. Benedykt Gierosławski, człowiek, którego nie ma, Syn Mroza, Matematyk Historji jest tu centralną postacią, a zarazem chyba najmniej konkretną. Gireosławski nie dość, że jest taki jak świat, który go otacza, to stały, to zmienny, to jeszcze w dodatku serwuje czytelnikowi niesamowitą podróż po świecie oglądanym z perspektywy matematyka – świecie, który nijak samą matematyką ujęty być nie może. Gierosławski jest w fascynujący sposób niedookreślony. Zdaje sobie jednak sprawę z mechanizmów jakie jego niedookreśloność powodują i próbuje się z nimi konfrontować. Czy jednak można stanąć twarzą w twarz z Historią? Banalna podróż w celu odnalezienia na Syberii ojca staje się epickim wydarzeniem w skali.. no cóż, świata. Chyba więc jednak można. O ile jednak główny bohater pozostaje wciąż postacią dość chwiejną, o tyle pozostali bohaterowie Lodu są dla autora nie tylko koniecznym wypełniaczem fabuły, ale raczej doskonale nakreślonymi istotami z krwi i kości. Mają swoje pasje, poglądy, zwyczaje, filozofię, mają swoje kłamstwa i słabości, ale także mają swoje interesy i potrzeby. Dukaj fantastycznie wykorzystuje je do wprowadzania czytelnika w głębokie dyskusje, czyniąc z postaci swoiste nośniki, lub wręcz personifikacje rożnych myśli i idei. Także i tu, należą się autorowi ogromne pochwały.

Czy więc Lód to powieść idealna, pozbawiona wad? Chyba jednak nie. Momentami ma się wrażenie, że jest odrobinę przegadana, a pewne wątki można by sobie darować, pominąć, lub okroić. Odchudzenie powieści o te 100 czy 200 stron raczej by jej nie zaszkodziło. Z drugiej jednak strony trzeba przyznać, że Dukaj popełnił dzieło kompletne, doskonałe zarówno w warstwie fabularnej, językowej jak i (co w fantastyce tak ważne) kreacyjnej. To zdecydowanie nie jest literatura dla każdego. Raczej jest to pozycja dla tych, którzy nie chcą się przy lekturze spieszyć, a dodatkowo szukają w niej niebanalnych pomysłów i pewnej dozy epickości. Polska, fantastyczna powieść o Rosji jest tak monumentalna jak ten kraj i tak epicka, jak najważniejsze dzieła rosyjskiej literatury autorstwa Dostojewskiego czy Tołstoja.

A czy jest faktycznie wybitna?
Moim zdaniem tak.

Zamarzło.

6/6

czwartek, 24 czerwca 2010

Smocze kości - Margaret Weis, Tracy Hickman - recenzja z portalu Fantasta.pl

Myślę, że nie będzie wielkim nadużyciem stwierdzenie, że większość polskich czytelników fantastyki prędzej lub później (zwykle prędzej) w swojej przygodzie z tego typu literaturą natrafiła na pozycje osadzone w światach znanych z gier lub filmów. Serii takich na rynku jest istne zatrzęsienie, wybór ogromny, poziom… różny. Ot, masowa produkcja nastawiona na miłośników konkretnego settingu, niezależnie czy są to „Gwiezdne Wojny”, czy „Forgotten Realms”. Autorzy tego typu książek zwykle wiążą się na dłużej z jedną „marką”, czasem dokonując spektakularnego „transferu”. Jak wiadomo, autor też człowiek i czasem ma potrzebę stworzenia czegoś bardziej „od siebie”, w pełni autorskiego, bez narzuconych przez wielki koncern bohaterów, fabuły, świata itp. Przykładem takiej książki napisanej, przez autorów znanych z tworzenia w ramach popularnych serii książkowych jest najnowsza pozycja autorstwa Margaret Weis i Tracy’ego Hickmana zatytułowana Smocze Kości.


Autorzy ci znani są przede wszystkim z bestsellerowych powieści osadzonych w świecie „Dragonlance”. Nie powiem, zarówno „Kroniki”, jak i „Legendy” Smoczej Lancy darzę sporym sentymentem, gdyż były to jedne z pozycji od których zaczynałem swoją przygodę z fantastyką jakieś 15 lat temu. Nie da się jednak ukryć, że była to fantastyka bardzo prosta. Schematyczni bohaterowie, nieskomplikowana fabuła, bardzo prosty, momentami wręcz naiwny sposób przedstawienia świata… wszystko to miało przemawiać do młodego czytelnika. Trzeba przyznać, że przemawiało bardzo skutecznie. Z drugiej strony kiedy kilka lat temu próbowałem sobie odświeżyć Smoki Jesiennego Zmierzchu i kolejne z tomów autorstwa tej pary, książki te nie miały już takiej mocy jak lata wcześniej. No cóż, czas mija, czytelnicy się starzeją, zmieniają i szukają w literaturze czegoś innego niż tylko barwnych opisów heroicznych zmagań grupki bohaterów. Do Smoczych Kości podchodziłem więc z pewną obawą, czy aby będę w stanie bezproblemowo przebrnąć przez ten pokaźnych rozmiarów tom.


Duet autorski Weis & Hickman zabiera nas do stworzonego przez siebie świata fantasy, w którym bogowie odwrócili się od ludu Vindrasów. Nęka ich susza, modlitwy nie są wysłuchiwane, ciężko o pożywienie, a i wyprawy łupieżcze do udanych nie należą. A potem dzieje się coś, co wywraca cały ten porządek do góry nogami dając początek fabuły. Samo tytułowe plemię jest wyraźnie stylizowane na dość papkowaty, popkulturowy obraz wikingów z ich plemienno-klanową strukturą, rolniczo-łupieżczym trybem życia, pewnymi obyczajami czy też strukturą kultu religijnego. Wyraźnym odniesieniem jest też częste używanie imion i nazw dość jednoznacznie kojarzących się ze Skandynawią. To wszystko jest jednak wpisane w ramy charakterystyczne dla fantasy. Mamy zatem druidów, ogry, olbrzymów, driady no i oczywiście smoki, będące jednym z motywów charakterystycznych dla twórczości tych autorów. Jednym z najciekawszych motywów tworzących tło powieści jest wątek bogów, którzy znajdują się w niebezpieczeństwie ze strony innych, nieznanych bóstw. Muszą się więc zdać na śmiertelników, przymknąć oko na ich słabości i nieprzewidywalność, często też wchodząc z nimi w interakcje. Taka bliskość świata nadprzyrodzonego, z codziennym jest charakterystyczna choćby dla mitologii greckiej, czy właśnie skandynawskiej. Widać więc, że autorzy odrobili zadanie co najmniej poprawnie, potrafiąc nie tylko wykorzystać inspirację do budowy tła, ale i czyniąc z niego jeden z głównych wątków (czy może metawątków) fabuły. Mimo, iż świat nie jest przesadnie oryginalny, autorom należy się za niego plus.


Muszę też przyznać, że całkiem nieźle udała się duetowi autorów kreacja głównych postaci powieści. To zdecydowanie nie są bohaterowie bez skazy, którzy w imię dobra bezinteresownie dokonują bohaterskich czynów. Tu każdy (no, prawie każdy) ma swoje słabości, ambicje i ciemne strony, które każą kłamać, łamać przysięgi i zabijać w imię własnych, partykularnych interesów, niezależnie czy jest to władza, chwała, zachowanie twarzy, chciwość, czy po prostu zwykła chuć. Co prawda, wiele z tych elementów zaserwowanych jest w sposób dość banalny i prosty (by nie napisać prostacki), ale wystarczą one do tego by stwierdzić, że bohaterowie Smoczych Kości bynajmniej nie są papierowi i jednowymiarowi. Widać też, że autorzy grają emocjami czytelnika zmieniając sposób prezentacji poszczególnych bohaterów, dodając coraz to nowe elementy do układanki stanowiącej obraz gry toczącej się nie tylko o rzeczy małe, ale w perspektywie wykreowanego świata, wręcz o rzeczy ostateczne. Dobrym przykładem jest główny bohater – Skylan Ivorson. Syn wodza, archetyp dzielnego, nieustraszonego wojownika, wybrany przez Torvala, boga wojowników. Z drugiej strony próżny, dążący do własnej chwały, ignorujący cudze rady i gardzący każdym słabszym. Z trzeciej… (no właśnie, jest i trzecia strona!) potrafiący przyjąć odpowiedzialność (choć się przeciw temu buntuje), głęboko kochający i dążący do tego co sam uważa za dobre dla swojego plemienia. A dookoła niego jest jeszcze co najmniej kilka postaci, które mają ogromny wpływ na wydarzenia opisane w powieści. W tym aspekcie jest więc zupełnie przyzwoicie.


Pani Weis i panu Hickmanowi udało się jednak nie tylko wrzucenie ciekawych bohaterów w dość ciekawy świat, ale i skuteczne zamieszanie w tym kotle poprzez skonstruowanie ciekawej fabuły. Smocze kości trzymają w napięciu i ciężko się Czytelnikowi od nich oderwać. Autorzy świetnie wychwycili relacje między poszczególnymi siłami wpływającymi na rzeczywistość, w której przyszło żyć plemieniu Vindrasów. Mamy więc tu intrygi polityczne, wojnę, trochę rozgrywek personalnych, miłość, zdradę, zazdrość ale i epicki wątek związany z konfliktem wśród bogów. Historia płynie wartko, czasem zaskakując czytelnika i podsycając jego ciekawość. Co prawda cała opowieść nie znajduje ostatecznej konkluzji, mimo to jednak mamy wrażenie istnienia wyraźnego początku i (mniej wyraźnego) końca. Pozostaje więc czekać na kolejny tom cyklu „Dragonships”. Ponoć już się pisze. Warto tu jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. Nie ma co się po tej książce spodziewać realizmu, czy też pewnej wulgarności w stylu np. Andrzeja Sapkowskiego. To piętno ugrzecznienia, które zwykle nosi cała literatura pisana w ramach „marek”, jest też trochę widoczne i tutaj. Co prawda Margaret Weis próbuje czasami łamać ten schemat wprowadzając do języka jakieś przekleństwa, czy starając się „ubarwić” trochę sceny przemocy, jednak wypada to dość sztucznie. Inna historia, że Tracy Hickman, jako praktykujący i zaangażowany mormon wyraźnie się od tego typu praktyk odcina. No cóż, przynajmniej można dość łatwo dojść do tego, który z autorów jest odpowiedzialny za poszczególne fragmenty książki.


Jeśli chodzi o wydawniczą stronę musze zauważyć, że jest całkiem nieźle, z paroma małymi zgrzytami. Trzeba przyznać, że pierwszy tom cyklu „Dragonships” nieźle się czyta co jest w pewnym stopniu zasługą sporej czcionki, która powoduje, że objętość 700 stron jest trochę „napompowana”. Spowodowało to podbicie ceny do 39,90 zł, co jak na obecne realia na polskim rynku wydawniczym jest kwotą trochę powyżej średniej. Z drugiej jednak strony niezły papier i dobrze obrany karton na okładkę powodują, że nawet tak grube tomiszcze ładnie się rozkłada, a brzeg się nie łamie (co przydarza się często co grubszym pozycjom z innych wydawnictw). Rebis wykonał tu niezłą wydawniczą robotę. Szkoda tylko, że złota farba na fajnie wytłoczonych literach błyskawicznie się ściera, co powoduje, iż po przeczytaniu odstawiamy na półkę książkę już wyraźnie „przechodzoną”. Ale może to i dobrze? Przynajmniej widać, że nie jest to jedynie efektowna ozdoba półki.


Lektura Smoczych kości trochę mnie zaskoczyła. Spodziewałem się nudnego, rozwlekłego, sztampowego czytadła, o sporych gabarytach. Dostałem jednak lekturę, która mnie wciągnęła i nie pozwoliła się łatwo oderwać. Może powieść ta nie jest ani specjalnie oryginalna, ani jakoś rewelacyjnie napisana, a już na pewno nie jest zbyt wyrafinowana. Czytelnik szukający tam głębokich treści albo się zawiedzie, albo będzie musiał na siłę doszukiwać się ukrytych przesłań w dość klarownie zarysowanych dylematach, przed którymi stają poszczególni bohaterowie Smoczych kości. Mimo tych wad najnowsza powieść duetu Weis & Hickman to całkiem przyjemna lektura. Lekka, wciągająca, niespecjalnie angażująca szare komórki, ale w sumie niebanalna. Może nie jest to pozycja dla każdego i pewnie można znaleźć wiele książek ciekawszych, ambitniejszych czy lepiej napisanych, ale przynajmniej ja się przy lekturze nie nudziłem. Czekam więc na drugi tom… i sam się sobie dziwię, bo w sumie czekam niecierpliwie.

4,5/6


Więcej informacji o książce, oczywiście na łamach portalu Fantasta.pl, czyli TU. Zapraszam!

sobota, 19 czerwca 2010

Unleashed - As Yggdrasil Trembles (2010) - recenzja

Skoro „kącik muzyczny” został pomyślnie zainaugurowany wypada go kontynuować, tym razem recenzją. Zapraszam do lektury:

Lubię Unleashed. Tak po prostu, bez dorabiania do tego jakiejś specjalnej ideologii. Spośród wszystkich klasyków szwedzkiego deathmetalowego wyziewu ich muzyka zawsze przypadała mi do gustu najbardziej. Nie, żeby byli w jakiś wyraźny sposób lepsi od Grave, czy Entombed. Jakoś tak po prostu dźwięki generowane przez ekipę Johnnego Hedlunda zawsze mi pasowały. Szwedzki death metal w najlepszym wydaniu, doprawiony klimatem rodem ze skandynawskiej mitologii. W związku z tym, że Unleashed zaserwował swoim fanom kolejny album, poczułem się w obowiązku nie tylko go posłuchać, ale i coś o nim napisać.

As Yggdrasil Trembles”, bo taki tytuł nosi najnowszy album Szwedów, na pewno nie może być nazwany jakimś przełomem w dyskografii zespołu. Wydaje mi się, że jakiekolwiek zmiany w muzyce tej kapeli spowodowałby ogromną falę krytyki ze strony ich fanów. Bo to nie jest muzyka dla każdego, o nie. Raczej dla tej wąskiej grupy, którzy znają twórczość zespołu na wylot i w 100% wiedzą czego się można spodziewać po każdej kolejnej płycie. Zaskoczenia wiec żadnego być nie może. Muzyka Unleashed to wciąż bardzo motoryczny, utrzymany raczej w średnich tempach death metal, z lekko heavymetalowym zacięciem (co jest słyszalne szczególnie w solówkach) i klasycznymi strukturami utworów. Niby schemat ograny na milion sposobów, ale kto jak kto, ale właśnie ekipa Hedlunda jest jednym z prekursorów takiej stylistyki. Kto jak nie oni ma więc grać taką muzykę?


Skoro jest tak przewidywalnie to może za całą recenzję może posłużyć zdanie: „Jest to kolejna płyta Unleashed.”? Ano może, ale wypada coś jednak dodać. Jest bowiem na tym albumie kilka kawałków absolutnie kapitalnych: chwytliwych, motorycznych ale i ciężkich. Szczególnie wyróżniają się otwierający album „Courage Today, Victory Tomorrow”, utwór tytułowy, czy stanowiący swoisty manifest zespołu „Wir Kapitulieren Niemals”. 45 minut słuchania zlatuje błyskawicznie i ciężko się oprzeć przed odpaleniem płyty po raz kolejny. A to już naprawdę dobra rekomendacja.

As Yggdrasil Trembles” nie jest być może płytą wybitną. Nie jest w żadnej mierze oryginalna. Zespół po raz dziesiąty zafundował nam porcję muzyki utrzymanej w spójnej stylistyce. Jednym się ona podoba, innym nie. Tak to już jest z gustami. Poza tym wciąż obecne są w twórczości Unleashed pewne bolączki charakterystyczne dla całego gatunku. Teksty są czasami banalne, trochę naiwne lub wręcz grafomańskie. Mi to osobiście nie przeszkadza. Ba! Uważam, że zespół fajnie nawiązuje do długiej tradycji tworzenia metalowych hymnów udowadniających jaki to metal nie jest wspaniały, a jego piewcy wytrwali i bezkompromisowi. Że to trąci banałem? Może i tak, ale po tylu latach na scenie Johnny Hedlund z kolegami wręcz zasłużyli na to, żeby uczciwie móc zaśpiewać o tym, że tworzony przez nich death metal nigdy nie skapituluje. I oby tak było, bo „As Yggdrasil Trembles” to świetna płyta. Może nie odkrywcza, ale miłośnikowi szwedzkich dźwięków z pewnością dostarczy wiele przyjemności. Czekam teraz na koncerty Unleashed w Polsce. Zapraszamy!

4,5/6

piątek, 18 czerwca 2010

Sonisphere Festival - 16.06.2010, Warszawa - relacja

Inauguruję wreszcie muzyczny wątek na swoim blogu. Na początek relacja z pierwszego w historii wspólnego koncertu Wielkiej Czwórki thrash metalu, czyli:


Sonisphere Festiwal, 16.06.10, Lotnisko Bemowo, Warszawa.

W składzie: METALLICA, SLAYER, MEGADETH, ANTHRAX, BEHEMOTH



Muszę przyznać, że koncert zapowiadał się niezwykle ekscytująco. Wielka Czwórka thrashu pierwszy raz miała spotkać się na jednej scenie. Po przeszło 25 latach od powstania gatunku zwanego thrashem Polska miała stać się świadkiem tego wydarzenia. Wszystkie konflikty i pyskówki (zwykle na linii MEGADETH –METALLICA lub MEGADETH – SLAYER) miały pójść w zapomnienie. I poszły! To wspaniały moment i ważne wydarzenie dla każdego fana metalu. Nie mogło wiec tam mnie zabraknąć.


Sama podróż autokarem z Wrocławia upłynęła miło przy dźwiękach utworów gwiazdy wieczoru. Jedynym zgrzytem były ogromne korki, które opóźniły nasze dotarcie w okolice lotniska. Jakoś się jednak udało. Miałem to szczęście, że na płytę dostałem się akurat w momencie, gdy zaczął grać BEHEMOTH. Już drugi raz widziałem ich grających na wolnym powietrzu (pierwszy raz był w Chorzowie przed IRON MAIDEN) i muszę przyznać, że wrażenie było w miarę przyzwoite. Tzn. w pełni profesjonalne podejście, krótko, ale konkretnie. Niestety jak już ktoś wyżej zauważył muzyka ekipy Nergala w takich warunkach to nie to samo co w klubie. Ale swoje zrobili z klasą i za to im chwała. Jak ktoś będzie chciał docenić w pełni walory ich muzyki to się wybierze na ich koncert do jakiegoś klubu. Tu mieli być jedynie miłym dodatkiem. I im się udało.


Potem zaliczyłem krótką wycieczkę na żarełko (w cenach może nie horrendalnych, ale jednak sporych: 15 za kiełbasę z grilla to jak na mój gust o piątkę za dużo) a następnie już szybko w kierunku sceny gdzie zaczynał grać ANTHRAX. I tu ogromne zaskoczenie. Jakoś nigdy nie przepadałem za twórczością ekipy Scotta Iana. Owszem zdarzało mi się posłuchać, ale żeby się zachwycać i znać każdy album w ich dyskografii to już raczej nie. Natomiast sam koncert zrobił na mnie świetne wrażenie. Luz, świetny kontakt z publiką, dobry dobór utworów, hołd dla Dio, chóralnie odśpiewany „Antisocial” no i Beladonna biegający po scenie w pióropuszu na "Indians". Cyna. Końcówkę ich występu zobaczyłem stojąc u źródełka, pozytywnie zaskoczony przystępną ceną (6zł) serwowanego Carlsberga. Występ zdecydowanie na plus i z pewnością (przynajmniej dla mnie) świetna zachęta by odświeżyć sobie Wąglikową dyskografię.


Zaspokoiwszy pragnienie duńskim złotym trunkiem udałem się z powrotem w kierunku sceny, aby zająć jakieś rozsądne miejsce przed koncertem MEGADETH. Sztuka ta się udała, a miejscówka była na tyle dobra, że pozostałem tam już do samego końca festiwalu. Mój odbiór koncertu ekipy Mustaine'a jest jednak dość niejednoznaczny. Z jednej zaprezentowali doskonały set (choć mi zabrakło zapowiadającego się w tym kontekście intrygująco "The Mechanix", czyżby interwencja ze strony ekipy Hetfielda? W końcu oni "The Four Horsemen" zagrali), skupiony głównie wokół "Rust in Peace", z drugiej jednak takie sobie brzmienie i strasznie słabo słyszalny, jęczący wokal Mustaine'a zrobiły swoje. W ogóle miałem wrażenie, że rzeczony Rudzielec dopiero gdzieś w połowie seta zauważył obecność publiki. dobrze, że się chociaż na koniec rozgadał, bo jednak dobra relacja zespół-tłum zawsze poprawia odbiór całego show. W sumie MEGADETH wypadł w porównaniu z pozostałymi przedstawicielami Wielkiej Czwórki dość blado. Ja się jednak cieszę, że wreszcie miałem okazję zobaczyć ich koncert w całości, a nie musieć się ewakuować już po pierwszym kawałku (bo tak mi się niestety przydarzyło przy okazji Metalmanii 2008)



Po krótkim oczekiwaniu na scenę wyszedł SLAYER. Oczekiwałem, że wyjdą, zrobią swoje i scena przed METALLICĄ będzie pozamiatana tak, że Ulrich z kolegami nie będą mieli po co wychodzić. To się jednak nie udało. Trochę przeszkadzało słońce irytująco świecące prosto w oczy i mimo czapeczki z daszkiem i okularów bardzo utrudniające odbiór koncertu. Trochę czuć było oszczędzającego się Arayę. To nie jest bynajmniej wyrzut. Ja się cieszyłem, że zagrali w ogóle, szczególnie, że kilka dni temu odwołano koncert w Bochum właśnie ze względu na problemy ze zdrowiem Toma. Ten z pewnością dumny ze zwycięstwa reprezentacji Chile nad Hondurasem, przywdział ich koszulkę i poprowadził do boju swą koncertową maszynę do zabijania. Kapitalny set (było "Chemical Warfare"!), dobre brzmienie i pełen profesjonalizm, jak na SLAYERA przystało. Mimo, iż mam wrażenie, że zagrali trochę na pół gwizdka i tak było świetnie. A że został niedosyt? No cóż, widać chcieli dać szansę METALLICE;)



Gwiazda wieczoru na przywitanie lekko (nomen omen) "przygwiazdorzyła" czekając na to, aż słońce wyraźnie zajdzie. Opóźnienia wielkiego nie mieli, więc jest to do wybaczenia. Wyraźnie jednak dano publice do zrozumienia kto tu jest gwiazdą. Wielki telebim jako scenografia, pełna moc brzmienia i więcej świateł, do tego fajerwerki i buchające płomienie. Robi wrażenie nie powiem. Najpierw popłynęły dźwięki "Ecstasy of Gold" z fragmentem filmu "Dobry, zły i brzydki" a potem już poszło. 2 godziny metallicowego grania. było Trochę thrashu, było trochę późniejszych hitów. Ogólnie fajny zestaw utworów. Jakby dodali po jednym kawałku z czterech pierwszych płyt to byłby set idealny (zabrakło mi: "Motorbreath", "Fight Fire With Fire", "Battery" i "Dyers Eve"... i niczego więcej). Widać, że panowie starali się mocno nawiązać do swoich muzycznych korzeni i zwrot w ich twórczości widoczny od Death Magnetic jest odczuwalny. Wychodzi to co prawda lepiej lub gorzej, ale nie sposób tego nie docenić. To w końcu METALLICA wypromowała tą muzykę, przynajmniej przez pewien okres nie tracąc na autentyczności. Był więc i "Creeping Death" i "Fade to Black" i "The Four horsemen" i "Blackened" i "Master of Puppets" i "Hit the Lights" i jeszcze parę innych klasyków. Do tego trzy kawałki z nowej płyty. Doskonałe wrażenie zrobiło na mnie wykonanie "Welcome home (Sanitarium)". Pod koniec jeszcze było "Stone Cold Crazy" Queenu (ale ostatnio zwykle ten kawałek trafia do metallicowej setlisty) Nie obyło się bez wpadek. Niedostrojona gitara wręczona Hetfieldowi na początku „One”, czy Ulrich, wyraźnie nie dający sobie rady z szybką partią perkusji w tymże utworze to główne zgrzyty. Nie mogą one jednak przesłonić ogólnego obrazu. Wrażenia z koncertu? Doskonałe! Pełen profesjonalizm, świetna oprawa, dobry kontakt z publiką. Czego chcieć więcej? Co prawda osoby zaznajomione z koncertowymi poczynaniami Miętalipy zauważą pewną koncertową rutynę, ale to chyba nieuniknione. Był to mój pierwszy koncert METALLICI i mam nadzieję, że nie ostatni.



Moim zdaniem wyjazd na Sonisphere był wart każdej złotówki. Mimo, iż widać było różnice statusu pomiędzy kapelami możliwość uczestniczenia w pierwszym w historii występie Wielkiej Czwórki na jednej scenie była bezcenna. Miejmy nadzieję na więcej takich koncertów. Warto tez pochwalić obsługę sceny za szybką prace i krótkie przerwy. Pełna fachura. Czy jest szansa na więcej takich tras? Osobiście wątpię. Mimo ciągle i przez wszystkich podkreślanej wyjątkowości tego wydarzenia i zaznaczania wspólnych korzeni wyraźne różnice w statusie poszczególnych zespołów i małe uszczypliwości ze strony METALLICI (pozostałym zespołom Hetfield zadedykował… „Sad but True”) mogą sugerować, że to raczej jednorazowa trasa. Tym bardziej się cieszę, ze miałem okazję być świadkiem tego niepowtarzalnego, bo pierwszego w takim składzie, koncertu.


PS1. Niestety omijałem raczej scenę Red Bulla i nie było mi dane zobaczyć PRAWDZIWEJ gwiazdy wieczoru, czyli FRONTSIDE... chlip, chlip...



PS2. Za to RedBullowy śmigłowiec wywijający fikołki robił kapitalne wrażenie. nie przypuszczałem, że tak się w ogóle da!


PS3. Tu można znaleźć pełne setlisty.


PS4. Zdjęcia pochodzą z facebookowego profilu Sonisphere Polska


PS5. Nie wspomniałem, a powinienem, że w wypadzie na koncert towarzyszył mi kolega Michał, za co należą mu się wielkie podziękowania:)

środa, 2 czerwca 2010

Tern - Nik Pierumow - recenzja z portalu Fantasta.pl

Oto najnowsza recenzja, którą popełniłem dla portalu Fantasta.pl. Zapraszam zatem do lektury!


Napisanie dobrej powieści fantasy nie jest rzeczą prostą. Trudno się z tym zdaniem nie zgodzić, autor staje bowiem przed zadaniem zmierzenia się z konwencją oklepaną na wszelkie możliwe sposoby, do tego musi (choć to dotyczy w zasadzie każdej konwencji) skonstruować ciekawą fabułę i stworzyć interesujących bohaterów. Napisanie dobrej powieści high fantasy wydaje się być jeszcze trudniejsze. Nie wystarczy już bowiem osadzić opowiadanej historii w pseudośredniowiecznym świecie, do którego dołożono tylko jakieś tam elfy, czy inne krasnoludy. Dobre high fantasy wymaga od autora stworzenia świata, który czytelnika oszołomi swą magią, odrealnieniem i innością nie tylko od świata codziennego, ale i od regularnie serwowanej nam przez wydawców światotwórczej papki. Aspekt oryginalności staje się więc całkiem istotnym kryterium dystynkcji między tym co dobre, a tym co nijakie.

Ten przydługi wstęp nie znalazł się tu bez przyczyny. Miałem bowiem okazję przeczytać książkę, którą niewątpliwie można określić jako wpisującą się w gatunek high fantasy. Mam tu na myśli Tern rosyjskiego pisarza Nika Pierumowa. Powieść ta, będąca pierwszym tomem cyklu zatytułowanego Siedem Zwierząt Rajlegu została wydana w naszym kraju przez Wydawnictwo Solaris. Już na wstępie należą się wydawcy spore brawa za świetną, klimatyczną i co ważne wyróżniającą się na tle konkurencji oprawę graficzną. Może nie jest to istotne z punktu widzenia zawartości powieści, jednak zawsze przyjemniej czyta się książkę, która jest ładnie wydana. Przechodząc jednak do zawartości Ternu należy przyznać, że dzieło Pierumowa zaskakuje oryginalnością świata. Nie mamy tu do czynienia z kolejną banalną wariacją na temat ludzi, elfów i krasnoludów, lecz autor serwuje nam kilka zupełnie nowych ras, swoich autorskich kreacji (a także nieco zmodyfikowane i inaczej nazwane te "klasyczne"). Cały świat, jak przystało na high fantasy jest przesycony magią, która staje się ważnym elementem większości zdarzeń posuwających akcję do przodu. Świat Siedmiu Zwierząt, złożony i bogaty, jest bodaj największym plusem tej powieści. Oczywiście zachowanych zostało wiele z klasycznych dla gatunku elementów - konfrontacje mocarstw, zakony rycerskie, czy magiczne uniwersytety, jednak stanowią one co najwyżej element drugiego planu, pozwalając czytelnikowi poczuć się bardziej swojsko.

Skoro ciekawy jest świat, ciekawe powinny być i osadzone w nim postacie. To zadanie autorowi chyba nie do końca się udało. Postać Terna – głównego bohatera jest intrygująca i niezwykle enigmatyczna. Posiada rozliczne zdolności, tak magiczne, jak i bojowe, a co więcej jest ona przedstawicielem (choć temu wciąż zaprzecza) stanowiącej autorski pomysł Pierumowa rasy dhussów. Z drugiej jednak strony nimb tajemnicy jakim owiany jest tytułowy bohater z czasem zaczyna drażnić, gdyż każde kolejne wydarzenie bynajmniej nie ujawnia o nim zbyt wiele nowego. Towarzysze Terna stanowią raczej typowy zestaw postaci. Mamy więc dwie postacie żeńskie: sidchę Neiss, i byłą gończą Stein, z których jedna zwykle stawia się w opozycji do działań pozostałych bohaterów, druga zaś stanowi pretekst do wprowadzania (aczkolwiek bardzo subtelnie) wątku miłosnego; mamy także przeświadczonego o swojej wielkości uczonego-alchemika Ksarbirusa, a także pochodzącego z innej płaszczyzny demona Krojona, który mimo swoich potężnych rozmiarów i przerażającego wyglądu w istocie uważa się za artystę pragnącego jedynie wrócić do domu. Jak widać laureat nagrody dla najlepszego europejskiego autora fantastyki z roku 2004 nie popisał się tu specjalnie i mimo egzotycznego opakowania otrzymujemy klasyczną dla fantasy zawartość – dość typowych bohaterów połączonych w drużynę przez okoliczności.

Tak jak koncepcja drużyny w fantasy może, ale nie musi nasuwać skojarzenia z literaturą opartą o gry fabularne, tak w przypadku fabularnej konstrukcji Ternu skojarzenia takie nasuwają się jeszcze silniej. Powieść bowiem oparta jest na motywie questów. Drużyna stara się zrobić coś, żeby zdobyć coś innego, dzięki czemu będzie mogła coś jeszcze innego. A to wszystko przeplecione podróżami. Niewątpliwie można więc nazwać powieść Pierumowa fantastyką drogi. Fabuła rozkręca się raczej wolno i czasem mam wrażenie, że właściwie nie wiadomo dokąd zmierza cała historia i czy autor w ogóle od samego początku miał jakiś pomysł na zamkniętą fabularnie całość. Co do tego mam pewne wątpliwości, gdyż wyraźnie widać podkreślanie odrębności poszczególnych questów-epizodów. Brakuje jednej, wyraźnie określonej osi fabularnej, a wątek, który powieść kończy pozostawia spory niedosyt.

Styl Ternu jest dość charakterystyczny. Pierumow miesza wątki high fantasy z lekką dawką poczucia humoru. Wspomniana już tendencja do rozbijania fabuły na odrębne fragmenty wzmacniana jest też przez specyficzną narrację. Opiera się ona w ogromnej części na dialogach, które albo są bardzo krótkie i zdawkowe, albo stają się dość sztuczne. Być może jest to kwestia tłumaczenia, które przemyca do polskiego wydania sporo rusycyzmów. Można się jednak do tego szybko przyzwyczaić i w zasadzie stanowi to interesującą odmianę w stosunku do ogromnej ilości tłumaczonej na język polski fantastyki zza Oceanu.

Ocena powieści Pierumowa nie jest prosta. Na jej korzyść świadczyć może bardzo ciekawy i oryginalny setting, co w przypadku high fantasy jest ogromną zaletą. Z drugiej strony opakowana w ten setting zawartość nosi znamiona sztampowej i napisanej trochę bez pomysłu na fabularną stronę powieści. Być może ten niedosyt wynika z tego, ze Tern jest dopiero pierwszym tomem cyklu i autor nie chciał od razu ujawnić wszystkich swych pomysłów. Jest to dość ryzykowne, gdyż po lekturze Ternu Czytelnik może równie dobrze z niecierpliwością czekać na tom kolejny, co dojść do wniosku, że historia opowiadana przez Pierumowa jest po prostu nieciekawa i stracić zainteresowanie jego twórczością. Ja na Aliedorę poczekam, choć raczej bez nadmiernej ekscytacji.
3,5/6


środa, 21 kwietnia 2010

Ciemności, przybywaj - Fritz Leiber - recenzja z portalu Fantasta.pl

Recenzja pierwotnie opublikowana w portalu Fantasta.pl. Dziękujemy Wydawnictwu Solaris za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Wydawnictwo Solaris od pewnego czasu stara się przybliżać polskiemu Czytelnikowi klasykę światowej fantastyki. Na nasz rynek trafiła więc kolejna z niepublikowanych dotąd nad Wisłą książek, a mianowicie Ciemności, przybywaj Fritza Leibera. Powieść to już wiekowa, po raz pierwszy bowiem została opublikowana w odcinkach na łamach pisma Astounding Science-Fiction w 1943r. (zastanawiające, że rodzimy wydawca w tekście okładkowym anonsuje ją jako powstałą w okresie Zimnej Wojny, co „miało niewątpliwie wpływ” na jej zawartość... czyżby paradoks czasoprzestrzeni?). Leiber, autor uznawany za jednego z najważniejszych klasyków fantastyki, znany jest przede wszystkim z klasycznego fantasy, czyli cyklu Lankhmar, opowiadającego o perypetiach Fafryda i Szarego Kocura. Ciemności, przybywaj to jednak klasyczna science fiction, ciążąca w stronę literatury postapokaliptycznej, czy też antyutopii.

Świat odmalowany słowami przez Leibera jest mroczny. Szerokie masy żyjących niczym w średniowieczu Plebejuszy kierowane są przez Hierarchię Wielkiego Boga, potężny kult werbujący w szeregi swoich kapłanów najzdolniejszych przedstawicieli społeczeństwa. Z drugiej strony głowę podnosi swoista opozycja, wyznawcy Satanasa utożsamiającego wszelkie mroczne siły. Brzmi to dość banalnie, prawda? Bynajmniej jednak takie nie jest, zarówno jedna, jak i druga strona konfliktu okazuje się być bowiem czymś zupełnie innym niż może się wydawać czytelnikowi.

Leiber odkrywa karty powoli, jak na współczesne standardy może nawet momentami zbyt powoli, jednak skutkuje to sytuacją, w której Czytelnik nie ma pewności, czy za kilka stron sytuacja opisywana na kartach Ciemności, przybywaj nie odwróci się o 180 stopni. W tym zniszczonym świecie, w którym dostęp do resztek technologii oznacza polityczną siłę, nic nie jest jednoznacznie czarne lub białe. Dążenia i działania poszczególnych bohaterów i frakcji są często niejasne, trudne do oceny. Z każdym kolejnym rozdziałem dowiadujemy się o tym świecie coraz więcej... i muszę przyznać, że ta „wycieczka” jest chyba najmocniejszym punktem powieści. Wiele z tego co sobie Czytelnik wyobraził przy lekturze początkowych rozdziałów jest brutalnie weryfikowane wraz z rozwojem akcji. Szczególnie tyczy się to obrazu dwóch antagonistycznych sił: Hierarchii i Czarnoksięstwa, które opisywane są z perspektywy poznającego je, głównego bohatera.

No właśnie... główny bohater. Muszę przyznać, że postać Armona Jarlesa jest trudna do oceny. Z jednej bowiem strony wewnętrzne rozdarcie i chwiejność doprowadzająca go do różnych, często fanatycznych postaw względem świata zdają się momentami nieco sztuczne i przesadzone. Z drugiej strony taka chwiejna postać idealnie pasuje do opisanego przez Leibera świata. Młody, zbuntowany kapłan ze swoimi wątpliwościami i przeskokami od naiwnego idealizmu do chłodnego pragmatyzmu zdaje się być doskonałym bohaterem dla takiej historii, a jego perypetie stają się świetnym pretekstem do zadania kilku ważnych pytań. O tym jednak za chwilę. Pozostali bohaterowie, również są ciekawi. Być może autor nie skupia się na nich tak, jak na Jarlesie, jednak także i w ich przypadku Czytelnik otrzymuje wiarygodny portret, który czasem okazuje się być jedynie iluzją.

Ciemności, przybywaj to literatura zadająca pytania. Leiber podejmuje w swojej powieści wątek sterowanego odgórnie społeczeństwa i walki o władzę jaka się w nim rozgrywa. Pokazuje też fascynujący splot religii, technologii i magii poddając w wątpliwość obraz świata widzianego z pozycji „tych na dole”. Odpowiedzi na te pytania nie padają w tekście bezpośrednio, jednak stanowisko autora nasuwa się Czytelnikowi wyjątkowo dobitnie.

Czy więc warto po tę powieść sięgnąć? To zależy czego się poszukuje. Ciemności, przybywaj to pozycja, która potrafi zaczarować czytelnika ciekawym światem, i niebanalnymi bohaterami. Jak na książkę, której niedługo „stuknie siedemdziesiątka” nie zestarzała się praktycznie wcale. Zresztą, odnoszę wrażenie, że stworzona przez Leibera wizja zniszczonego świata, w którym potężna organizacja religijna stara się chronić pozostałe szczątki technologii, była ogromna inspiracją dla Waltera M. Millera i jego niezapomnianej Kantyczki dla Leibowitza. Pod względem pomysłów i kreacji świata jest to zatem pozycja godna uwagi. Jej plusem są też niewątpliwie ciekawe postacie. Niestety, lata, które upłynęły od premiery Ciemności, przybywaj pozostawiły jednak pewien ślad. Współcześnie pisze się bowiem już w trochę inny sposób. Mimo, iż akcja toczy się względnie dynamicznie, a dialogi są ciekawe, brakuje trochę zarysowania tła. Z jednej strony czyni to książkę uniwersalną i pozwala uruchomić wyobraźnię Czytelnika, z drugiej jednak, może utrudniać to lekturę współczesnemu odbiorcy przyzwyczajonemu do większej oczywistości w autorskiej kreacji, mniejszej ilości niedomówień, innymi słowy, mniejszej ilości miejsca na swobodną interpretację opisywanej rzeczywistości. Ta „wada” nie przesłania jednak niewątpliwych zalet powieści Leibera. Może nie jest ona dziełem wybitnym, ale warto się z nią zapoznać, choćby po to, by przekonać się, ze fantastyka sprzed niemal siedemdziesięciu lat, wcale nie musi być nudna i nieaktualna.

3,5/6

środa, 14 kwietnia 2010

Requiem - Graham Joyce - recenzja z portalu Fantasta.pl

Poniżej zamieszczam moją recenzję powieści Grahama Joyce'a Requiem, którą to recenzję można przeczytać na łamach portalu Fantasta.pl. Tu więcej informacji o samej pozycji. Zapraszam do lektury!


Baczny obserwator Zachodniej kultury popularnej może zauważyć wyraźną w ostatnich kilkunastu latach tendencję do eksploracji tematyki związanej z korzeniami chrześcijaństwa, czyli, jak by nie patrzeć, religii stanowiącej jeden z najważniejszych fundamentów naszej cywilizacji. Początek tego zjawiska sięga w czasie nawet dalej, do dzieł Umberto Eco (z Wahadłem Foucaulta na czele), jednak obecnie czołowym przedstawicielem literackiego nurtu łączącego powieść sensacyjną z „apokryficzną” stroną historii chrześcijaństwa jest niewątpliwie Dan Brown. Jakkolwiek nie oceniać umiejętności i dorobku tego pisarza przyznać trzeba, że jego bestsellerowe powieści przyczyniły się do swoistej mody na teorie spiskowe, czy też alternatywne (względem ewangelicznej) historie życia Jezusa z Nazaretu. W nurt ten, już w latach dziewięćdziesiątych, wpisał się Graham Joyce ze swą książką zatytułowaną Requiem.

Już sama odpowiedź na proste pytanie: „O czym ta książka jest?” stanowi sporą trudność. Gdyby chcieć naprędce zbyć pytającego można odpowiedzieć, że jest to opowieść o spowodowanym śmiercią bliskiej osoby szaleństwie. Odpowiedź ta byłaby oczywiście ze wszech miar prawdziwa, jednak byłaby ona zarazem wielkim uproszczeniem. Requiem jest bowiem historią niezwykle wielowymiarową, pozwalającą się odczytywać na różnych poziomach i czyniącą jeśli nie przewodni, to niewątpliwie kluczowy dla ogólnej koncepcji motyw z wielu różnych elementów. Jest to zatem także opowieść o miłości, jej braku, o małżeństwie, żałobie, przyjaźni, seksie, zakazanym owocu, egzotycznej podróży i skomplikowanych relacjach międzyludzkich. Jest to opowieść o polityce i wiecznym żydowsko-arabskim konflikcie wokół świętego miasta - Jerozolimy. Wszystko to w otoczce apokryficznej historii sprzed dwóch tysiącleci podanej w dusznej otoczce szaleńczych majaków, nieudolnych dociekań i arabskiej magii. Brzmi intrygująco a zarazem trochę enigmatycznie, prawda? Bo właśnie taka jest ta powieść.

Główny wątek powieści Joyce’a zbudowany jest wokół Toma, angielskiego nauczyciela, który po tragicznej śmierci swojej żony rzuca pracę i rusza w podróż do Jerozolimy, by tam spotkać się ze swoją przyjaciółką Sharon, jedyną bliska osobą, która mu pozostała. Główny bohater szukając ukojenia i wewnętrznej równowagi, wpleciony w gęstniejącą z każdą chwilą sieć silnie uczuciowych relacji międzyludzkich zdaje się coraz głębiej pogrążać w szaleństwie. Każda spotkana osoba na jego drodze zdaje się kryzys pogłębiać, lub nadawać mu nowy wymiar. Czytelnik staje twarzą w twarz z toczącą tego człowieka chorobą. Autorowi Requiem udaje się tu kilkakrotnie zaskoczyć odbiorcę, uniemożliwiając jednoznaczną ocenę tak Anglika, jak i tego co się wokół niego dzieje. Nie ma tu postaci przypadkowych, nieznaczących, lub takich, które są tylko tłem. Każdy ma tu jakąś rolę do odegrania. Pogłębiający się obłęd Toma ma jednak drugie dno, głęboko sięgające do korzeni chrześcijaństwa. Joyce korzysta tu z apokryfów znanych jako Zwoje z Qumran, lub Rękopisy znad Morza Martwego. Alternatywna, być może dla wielu szokująca, historia powstania chrześcijaństwa jest tu dyskretnie dozowana. Kolejne elementy układanki pojawiają się stopniowo, wraz rozwojem wypadków i przemianami zachodzącymi w głównym, świetnie zarysowanym, bohaterze.

Ciekawe i barwne postacie i wciągająca historia nie są jednak jedynymi zaletami tej powieści. Jest nią też bez wątpienia sceneria Jerozolimy w końcowym okresie Pierwszej Intifady. Joyce’owi udaje się oddać zarówno klimat miasta przesyconego biblijną historią, jak i grozę oraz napięcie towarzyszące konfliktowi między zamieszkującymi je współcześnie Żydami i Palestyńczykami. Czytelnik doświadcza zatem zarówno opisów wielokulturowej, wypełnionej turystami codzienności miasta, trzymających w napięciu chwil ulicznych zamieszek, jak i opartych na biblijnych odniesieniach, czasem wręcz obrazoburczych scen umiejscowionych w lokacjach znanych z kart Pisma Świętego. Mieszanka iście wybuchowa. Słowo „obrazoburcze” pojawia się tu nie bez przyczyny, gdyż seksualność i jej przejawy stanowią nieodzowny element dopełniający dzieło autora. Nie może to jednak dziwić biorąc pod uwagę anglosaskie pochodzenie autora. W tym kręgu kulturowym psychologia i psychoanaliza spod znaku Zygmunta Freuda niezmiernie często stanowią klucz do zrozumienia wielu kontekstów. Skoro więc Requiem jest opowieścią o szaleństwie można się było spodziewać, że będzie ona przesycona, tak charakterystyczną dla freudyzmu seksualnością.

„Gdzie tu fantastyka?” mógłby zapytać wnikliwy czytelnik. Ano, jest jej trochę. Pomijając całą apokryficzną otoczkę, noszącą też znamiona historii alternatywnej, wyziera ona głównie z delirycznych wizji głównego bohatera. Cały świat powieści, ten mikrokosmos kilku postaci, kilku lokacji i całego bagażu historii, mitologii świata judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, zdaje się być przesycony fantastyką najwyższej próby, mimo, iż wiele z jej elementów jest de facto nieodłącznym elementem wymienionych religii. Czytelnik obcuje więc z nieznanym, które może się pozornie wydawać mu bardzo bliskie. Requiem jednak zmusza do popatrzenia na pewne powszechnie znane (lub za takie uważane) fakty z trochę innej strony. Bez wątpienia intrygującej.

Powieść Grahama Joyce’a jest bardzo wielowymiarowa. Nie da się jej odczytać na jednym poziomie, tak samo jak nie da się łatwo ocenić jej bohaterów i motywacji nimi kierujących. Na niemal każdej stronie czeka jakieś zaskoczenie, drobna cegiełka tworząca skomplikowaną budowlę tej historii. Autorowi udało się stworzyć dzieło niejednoznaczne, trudne do oceny, przynajmniej w wymiarze moralnym, czy etycznym. Literacko bowiem broni się świetnie. Początkowo podchodziłem do Requiem nieufnie, obawiając się kolejnego, opartego na sensacyjnym wątku czytadła, posługującego się apokryficznym sztafażem. Szybko okazało się jednak, że Joyce nie tylko zgrabnie posłużył się będącym antytezą nowotestamentowego przekazu wątkiem alternatywnej historii Jezusa i Marii Magdaleny, ale uczynił go elementem historii zwykłego człowieka przeżywającego niezwykły dramat, w niezwykłym miejscu i w niezwykłych czasach. To, w połączeniu z niezłym pisarskim warsztatem zaowocowało pozycja godną uwagi, mogącą przyciągnąć do siebie tak miłośników historii w klimacie Dana Browna, jak i tych, którzy upodobanie znajdują w wielowymiarowej, psychologizującej fantastyce.

Książkę oceniam zatem na 5/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...