poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Palimpsest - Catherynne M. Valente - recenzja z serwisu Fantasta.pl

Czy zastanawiałeś się kiedyś, drogi Czytelniku, jak to jest niespodziewanie trafić do obcego miasta? Co więcej, takiego miasta, które na każdym kroku urzeka swym pięknem, zaskakuje nierealnością i przyciąga tajemniczością. A jeśli smak podróży do owego miasta przyprawiony będzie w dodatku lekko pikantną nutą zakazanego owocu? Zweryfikuj swoje wyobrażenia, daj zabrać się Catherynne M. Valente w ulotną podróż przedstawioną na kartach powieści Palimpsest.

Autorka opowiada historię czwórki osób, które zyskują możliwość podróżowania do tytułowego Palimpsestu – miasta pełnego cudów, położonego gdzieś między jawą a snem. Dostać się tam mogą jedynie wybrani, naznaczeni przez miasto piętnem jego ulic, a bramą tej podróży staje się fizyczna miłość z osobą, która takie piętno już nosi. Losy Sei, November, Olega i Ludovico, mimo iż są oni dla siebie zupełnie obcymi osobami zostają nierozerwalnie złączone w noc ich pierwszej wizyty w mieście nie z tego świata. Od tej pory Palimpsest staje się celem ich dążeń, miejscem gdzie wciąż chce się wracać, gdyż wszystko tam jest "bardziej" i "mocniej".

Valente tworzy bohaterów rozchwianych, w pewnym sensie złamanych, ogarniętych obsesją. Nie ma jednak znaczenia czy są nią pociągi, porządek, duch siostry, czy też własna żona. Każda z nich w ostateczności prowadzi do Palimpsestu, manifestuje się w nim i staje się motywem przewodnim danej postaci. Obserwujemy swoistą drogę ku zatraceniu ich w świecie spełnionych pragnień. Palimpsest wymazuje odwiedzającą je osobę, tworząc na jej miejsce nową, zupełnie inną. Równorzędnym bohaterem jest także tytułowe miasto. Stylistyka urban fantasy, tak popularna za sprawą prac m.in. Miéville'a, VanderMeera, czy Harrisona tutaj zostaje uzupełniona o klasyczny motyw dwóch równoległych światów, coś na wzór Lovecrafotwskich Krain Snów. Palimpsest żyje, ma swoje zasady, swoją historię, swoją topografię i swoich mieszkańców. Podobnie jak pozostali bohaterowie powieści, także i tytułowe miasto ma swoje namiętności i tęsknoty, do których stara się dążyć.

Fascynująca wizja Valente ubrana jest w cudowny, magiczny język: poetycki, ulotny, pełen metafor. Amerykańska autorka tworzy za pomocą słów wciągające i malownicze pejzaże świata nie z tego świata. Czuć dobry warsztat poetki (opublikowała pięć tomików poezji) i umiejętność wciągnięcia czytelnika w stworzoną rzeczywistość. Ulotność Palimpsestu oprócz języka potęguje też charakterystyczna narracja. Valente prezentuje nam krótkie, migawkowe rozdziały często przenosząc akcję pomiędzy dwiema rzeczywistościami i między poszczególnymi bohaterami. Każda wizyta w Palimpseście staje się dla czytelnika wyjątkowa i ulotna, dokładnie taka, jaka jest dla bohaterów powieści.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Palimpseście zastanowiła mnie jedna rzecz: na ile autorka poradziła sobie z oddaniem scen seksu, które pełnią tak ważną rolę w fabularnej konstrukcji powieści. Fizyczna miłość, w różnych swych przejawach jest bowiem elementem, na którym niejeden pisarz połamał nogi, czyniąc je choćby zbyt ckliwymi lub też przesadnie suchymi i dosadnymi. Moje obawy zostały jednak rozwiane. Valente radzi sobie ze scenami miłosnymi w sposób kapitalny. Bynajmniej nie są tematem przewodnim powieści, a stają się jedynie pretekstem do zmiany miejsca akcji, przeniesienia jej z jednego świata w drugi. Za każdym razem są jednak bardzo subtelne i nie ma znaczenia, czy jest to seks grupowy, akt homoseksualny czy przelotne, szybkie zbliżenie dwójki obcych osób. Autorce udaje się oddać emocje i uczucia kochanków, bez popadania w zbytnie "technikalia". Brawo!

Palimpsest to powieść wielowarstwowa (o czym może świadczyć choćby sam tytuł), którą można rozpatrywać na kilku poziomach. Z jednej strony jest to historia obsesji i fascynacji, zastępowanych przez inną, nową obsesję. Jest to też opowieść o uzależnieniu: od ludzi, od miejsc, od sytuacji i od rzeczy, a także o krętej drodze którą z uzależnienia można uciec. Z pewnością jest też opowieść o ludzkiej seksualności, często sprowadzonej jedynie do roli narzędzia, leku, który potrafi okazać się zaledwie placebo. Wreszcie jest to opowieść o tęsknocie i poszukiwaniu innego, lepszego świata. Opowieść urzekająca i mająca potencjał historii uniwersalnej. Czyż bowiem poszukiwanie lepszego świata i chęć zadośćuczynienia własnym pragnieniom nie jest czymś uniwersalnym w najściślejszym tego słowa znaczeniu?

Autorka "Opowieści sieroty" została nominowana do Nagrody Hugo właśnie za Palimpsest. W pełni zgadzam się z tą nominacją i nie będzie dla mnie zaskoczeniem, jeśli powieść ta zostanie laureatką jednej z najbardziej prestiżowych nagród na polu fantastyki. Jest to bowiem książka wyjątkowa. Znakomicie napisana, urzekającą pomysłem i wielowarstwowością. I nie ma znaczenia, że czasem mamy wrażenie niespójności, czy zbyt dużego niedopowiedzenia. Świat miasta nie z tego świata, miejsca tylko dla wybranych straceńców wciąga i urzeka. Jest swoistym uniwersum snu, a tam twarda logika i jasne zasady przestają mieć znaczenie. Liczy się to, by być i czuć, pragnąć i mieć, marzyć i spełnić marzenia. A to możliwe jest tylko w Palimpseście. Jeśli już tam dotarłeś i go posmakowałeś... zechcesz tam zostać na zawsze.

A więc, Drogi Czytelniku, czy odważysz się wybrać w tą podróż? Zaręczam ci, że warto.

5,5/6

Dziękujemy wydawnictwu MAG za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego. Więcej o książce na łamach Fantasty

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Gniewny pomruk burzy - Dariusz Domagalski - recenzja

Napisanie powieści, w której wątki fantastyczne łączą się w jakiś sposób z historią proste nie jest. Owszem, tego typu konwencja jest niezwykle popularna i znajduje spore zainteresowanie tak wśród twórców jak i czytelników. Sama jednak ilość tego typu dzieł nie świadczy o ich jakości. Problematyczne bywa bowiem znalezienie właściwych proporcji miedzy fantastyką a historią, takie pokazanie wydarzeń historycznych, żeby nie zdominowały stworzonej przez autora fabuły. Z tego typu problemami z pewnością zmierzył się Dariusz Domagalski pisząc trzeci tom swojego krzyżackiego cyklu noszący tytuł Gniewny pomruk burzy. Wydarzenia pierwszych dwóch odsłon trylogii znalazły bowiem swój finał wśród doniosłych momentów znanych z kart podręczników historii, z bitwą pod Grunwaldem na czele. A to, szczególnie dla Polaków, historia, która może przysłonić w zasadzie każdą fabułę i każdy pomysł.

Można się oburzać, irytować czy bagatelizować problem, ale fakty są takie, że Grunwald pozostaje jednym z najważniejszych symboli polskiej państwowości. Jest to bitwa-symbol, która znajduje się w centrum publicznej uwagi, choćby ze względu na głośne obchody jej 600-lecia. Domagalski czyni ze zmagań na polach Grunwaldu centralny punkt swojej najnowszej powieści. Centralny, to nie znaczy finalny, ani bynajmniej cokolwiek rozstrzygający. To wielki plus tej powieści, albowiem przewijające się przez wcześniejsze odsłony cyklu wzmianki o ostatecznej konfrontacji pomiędzy reprezentującymi potęgę prawej i lewej strony kabalistycznego Drzewa Życia - siłami Unii Polsko-Litewskiej a armią zebraną pod sztandarem krzyżackim, mogłyby sugerować, że to właśnie ta bitwa niejako zamknie fabułę cyklu. Szczęśliwie dla Czytelnika trójmiejski pisarz pozostawia wiele wątków otwartych i równie ważnymi elementami w grze ponadnaturalnych sił stają się późniejsze wydarzenia takie jak oblężenie Malborka, czy bitwa pod Koronowem. Za to należą się Domagalskiemu słowa uznania. Cała historia zbudowana wokół Przebudzonych walczących o równowagę (bądź dominację) na Drzewie Życia poprowadzona jest zgrabnie i ciekawie (wreszcie na miarę potencjału leżącego w tym pomyśle), choć zostaje trochę przysłonięta przez wydarzenia historyczne.

Trzeba uczciwie przyznać, że historia na dalszy plan zepchnęła samą fabułę. Dagoberta z Saint-Amand i Aine jakby znów tu trochę mniej, a i sama akcja bynajmniej nie toczy się wokół nich. Mamy za to mnóstwo ważnych wydarzeń historycznych przedstawionych z perspektywy autora. Nawiązanie do tradycji powieści historycznej opiewającej w fabularyzowany sposób kluczowe w historii Polski wydarzenia? Ano tak. I to nawiązanie, które spuściźnie np. Bunscha wstydu nie przynosi. Mamy więc długi opis bitwy pod Grunwaldem, obfitujący w oddane z detalami kluczowe sceny (wyzwanie do walki, msze, upadek i odbicie polskiej chorągwi, śmierć Ulryka von Jungingena, atak na Jagiełłę itp.), późniejsze oblężenie Malborka czy starcie pod Koronowem. No i wszystko pięknie. Tyle, że samej, będącej autorskim pomysłem akcji jest już sporo mniej.

Nie wolno zapominać, że Gniewny pomruk burzy jest wciąż, mimo solidnej dawki historii, powieścią fantastyczną. Wątek kabalistycznego konfliktu między sefirami tworzącymi Drzewo Życia (mistyczny organizm odpowiadający całości bytu, złożony z sefir – emanacji stwórcy) rozwinięty jest naprawdę bardzo ciekawie. Przyznaję, spodziewałem się dość banalnego zakończenia w postaci zwycięstwa sił prawej strony Drzewa, której w naszym świecie odpowiadał sojusz polsko-litewski. W to miejsce dostałem trochę rozważań na temat równowagi i misji jaką tak naprawdę Przebudzeni mają do spełnienia. To dodało postaciom rumieńców i stworzyło okazję do pozostawienia całemu cyklowi stosunkowo otwartego zakończenia. Wygląda na to, że już niedługo dostaniemy do ręki zbiór opowiadań osadzonych w średniowieczu opisanym ręką Dariusza Domagalskiego. I muszę przyznać, że cieszy mnie to niezmiernie .

Przy okazji omawiania poprzednich dwóch tomów krzyżackiego cyklu, trochę narzekałem na spowodowaną jasnym podziałem na "tych dobrych" i "tych złych" sztuczność postaci. Wydawały mi się one trochę przesadzone, teatralne, papierowe, albo wręcz zbyt oczywiste. W wielkim skrócie: nic przesadnie ciekawego. Gniewny pomruk burzy stanowi kolejny krok ku pokolorowaniu tych czarno-białych konturów. Dagobert ma swoje chwile słabości, gdzie zupełnie ignoruje swój obowiązek względem sefiry, której służy, Jagiełło bywa totalnie zagubiony, albo wręcz zaślepiony, a sporej ilości polskich rycerzy w głowie tylko łupy, dziewki i zaszczyty. Zdarza się nawet jakieś mordowanie jeńców. Widać zatem wyraźnie, że toporność z początków cyklu, przynajmniej w przypadku strony polskiej odeszła gdzieś w dal, co bardzo cieszy. W przypadku strony zakonnej… no cóż, recenzencka uczciwość wymaga bym zauważył, że istotnie, pojawia się krzyżak, który ma wątpliwości i zauważa spaczenie światła Binah (Jan von Vende) co stanowi spory postęp w stosunku do konsekwentnie dotąd przestrzeganej konwencji pokazywania strony zakonnej jako jednoznacznie złej, antypatycznej bandy szaleńców, sodomitów i brutali. Jedna jaskółka wiosny jednak nie czyni i wciąż nie można mieć wątpliwości co do tego, kto u Domagalskiego jest protagonistą, a kto antagonistą. Rozumiem jednak, że takie a nie inne przedstawienie stron konfliktu należy do decyzji, które autor musi podjąć.

Gniewny pomruk burzy to książka, po którą z pewnością sięgną ci, którzy zapoznali się z wcześniejszymi tomami cyklu. Zresztą w ogóle mam wrażenie, że na trylogię pióra trójmiejskiego pisarza należy patrzeć jako na całość. Mamy bowiem do czynienia z trzema, wyraźnie różnymi od siebie książkami. Delikatne uderzenie pioruna to przede wszystkim wprowadzenie do fantastycznego świata i prezentacja bohaterów - choć dobre to jednak najsłabsze w cyklu. Aksamitny dotyk nocy przedstawiał z kolei bezwzględną walkę wywiadów, zostawiając autorowi sporo miejsca na różnorakie intrygi i ciekawą fabułę. W rezultacie otrzymaliśmy najsilniejszy punkt trylogii. Na tym tle Gniewny pomruk burzy prezentuje się całkiem nieźle. Choć fabułę zdominowały tu epicko oddane wydarzenia historyczne, zręczne wplecenie w nie bohaterów cyklu owocuje bardzo przyjemną lekturą. Moim zdaniem warto zapoznać się z twórczością Dariusza Domagalskiego choćby dlatego, że miał (a w zasadzie wciąż ma) pomysł na "swoje" późne średniowiecze. Widać w tych powieściach pasję i sporą wiedzę. A że mają pewne niedostatki... No cóż, 99,9% tego co czytamy ma jakieś braki. Ja w każdym razie na kolejne jego teksty czekam niecierpliwie.

4/6

Więcej o książce, oczywiście w bazie danych serwisu Fantasta.pl

niedziela, 1 sierpnia 2010

Aksamitny dotyk nocy - Dariusz Domagalski - recenzja

Choć pierwszy tom cyklu autorstwa Dariusza Domagalskiego - Delikatne uderzenie pioruna miał pewne wady, to fantastyczna wizja konfliktu Unii Polski i Litwy z Zakonem Krzyżackim wydała mi się na tyle intrygująca, że sięgnąłem po kolejną część trylogii - Aksamitny dotyk nocy. Jest to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń opisanych w debiutanckiej powieści trójmiejskiego pisarza. Znów spotykamy Dagoberta z Saint-Amand, jego wybrankę – Aine, a także znamienite postacie historyczne z królem Władysławem Jagiełłą, Ulrykiem von Jungingenem i księciem Witoldem na czele. Ponadto cała plejada rycerzy, dam, rzezimieszków i szpiegów pozwala nam wniknąć w głąb świata wielkiej polityki początków XV stulecia.


Wspomnienie o szpiegach pojawiło się nieprzypadkowo. Aksamitny dotyk nocy jest powieścią przede wszystkim skupiająca się na grze wywiadów i dworskiej polityce w przededniu nieuchronnego, wielkiego konfliktu zbrojnego. Oczywiście, wciąż sporo miejsca poświęca Domagalski na rozwój ponadnaturalnej warstwy tej powieści: epickim zmaganiom Sefir, emanacji stwórcy, a także Przebudzonych, ich ziemskich wysłanników. Jednak to kabalistyczne tło, które zostało całkiem nieźle naszkicowane w tomie pierwszym krzyżackiego cyklu, tutaj zostaje nieco odsunięte w tył. Górę biorą intrygi i gra wywiadów, które autor oddaje w sposób przemyślany i przekonujący. Należą się tu Domagalskiemu szczere brawa. Często bowiem się zdarza, że literackie przedstawienia tego rodzaju konfrontacji przekładają się na uproszczenie postaci, czynią je nieautentycznymi lub banalnymi. O ile w recenzji debiutu zarzucałem autorowi zbytnie spłycenie bohaterów (spowodowane jasnym i czytelnym usytuowaniem ich po męskiej lub żeńskiej stronie Drzewa Życia), o tyle tu ten jasny i klarowny podział nieco się zamazuje wprowadzając sporo życia i dodając trochę autentyczności wcześniej banalnym bohaterom. Co prawda wciąż jasno widać kto jest protagonistą, a kto antagonistą, jednak warto zauważyć, że przedstawicielom strony polsko-litewskiej przybyło trochę rumieńców. Mają swoje chwile słabości, dylematy i problemy, choć koniec końców i tak okazują się być przykładnymi rycerzami, czy damami. A "ci źli"? Oni wciąż pozostają jednoznacznie negatywni, w tej kwestii nic w stosunku do Delikatnego uderzenia pioruna się nie zmieniło. Trochę szkoda, ale cóż... nie można mieć wszystkiego.


Da się odczuć jakościową różnicę między dwoma pierwszymi odsłonami krzyżackiego cyklu. Styl Domagalskiego okrzepł. Wyraźnie widać powtarzalność pewnych schematów (retrospekcje kursywą, częste wstawki przedstawiające przyszłe losy trzecio- czy wręcz czwartoplanowych postaci itp.), trochę bardziej dopracowany język i co bardzo ważne, sprawne przeplatanie i łączenie poszczególnych wątków powieści. Polityczno-szpiegowska fabuła wciąga i nie pozwala się łatwo oderwać od lektury. Ogromną zaletą Aksamitnego dotyku nocy jest także to co było silną stronę poprzedniczki tej powieści, czyli znakomita prezentacja historycznego tła. Osoby, wydarzenia, miejsca i sceny rodzajowe z epoki ponownie stanowią świadectwo sporej wiedzy autora i doskonale budują klimat powieści. W stosunku do pierwszego tomu krzyżackiego cyklu poszerzone i dopracowane zostały także przypisy, co ułatwia czytelnikowi zanurzenie się w średniowiecznym świecie i uprzyjemnia lekturę.


Aksamitny dotyk nocy jest książką znacznie od swojej poprzedniczki lepszą. Trochę inne rozłożenie akcentów, lekkie "schowanie" wątku fantastycznego na rzecz intryganckiej fabuły, a także dodanie nieco kolorytu bohaterom, spowodowały, że druga powieść Dariusza Domagalskiego ma szansę przysporzyć cyklowi nowych zwolenników. Tym bardziej, że tematyka okołokrzyżacka jest ostatnio bardzo popularna i znajduje szerokie grono zainteresowanych. Po takiej dawce napięcia jaką autor zafundował swym czytelnikom w Aksamitnym dotyku nocy, zwieńczenie całej historii, czyli powieść zatytułowana Gniewny pomruk burzy musi sprostać niemałym oczekiwaniom. Jeśli skok jakościowy między tomem drugim a trzecim będzie taki jak ten, który miał miejsce miedzy między debiutem autora a tegoż debiutu kontynuacją, możemy spodziewać się hitu!

5/6

wtorek, 27 lipca 2010

W poszukiwaniu Jake'a i inne opowiadania - China Miéville - recenzja w wersji "uncut"

Zbiory opowiadań mają to do siebie, że zwykle poziom umieszczonych w nich tekstów jest dość zróżnicowany. Naprawdę niewiele bywa takich, w których nie pojawi się żaden słaby tekst. Dlatego na wybór krótkich form autorstwa jednego z najczęściej nagradzanych pisarzy ostatnich lat - Chiny Miéville’a, czekałem z wielkim zainteresowaniem. W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania to dwanaście opowiadań, jedna mikropowieść i jeden komiks. Motywem, który spina w całość wszystkie teksty jest miasto, w większości przypadków Londyn. Opowiadanie Jack zabiera zaś czytelnika do znanego np. z Dworca Perdido uniwersum Bas-Lag, a konkretnie do Nowego Crobuzon. Wychodzi więc na to, że jest to swoisty smaczek, który może przyciągnąć do tego zbioru miłośników sztandarowego cyklu tego autora.


Uczynienie z miasta klamry spinającej tematycznie teksty nie oznacza bynajmniej, że mamy do czynienia z przewodnikiem po topografii Londynu, lub też podręcznikiem architektury. Owszem, czasem fragmenty miejskiego krajobrazu postawione są na pierwszym planie (jak ulice w Doniesieniach o pewnych wypadkach w Londynie lub budynki w Fundamentach) , jednak punktem centralnym twórczości Miéville’a wydaje się być refleksja na temat współczesnego społeczeństwa, które miasta uczyniło swoją podstawową tkanką. Pokazując zurbanizowaną przestrzeń, która staje się w rożny sposób odmieniona, autor stara się snuć refleksje na temat tego jak bardzo człowiek staje się uzależniony od pewnych form bytowania w przestrzeni oswojonej na jedyny słuszny sposób. Zmiana w otoczeniu łączy się ze zmianą ludzkich zachowań, wywołuje niepokój, a czasem wręcz grozę. Wypaczone miasto powoduje wypaczenie społeczeństwa i zawieszenie reguł nim rządzących.


W wymienionych powyżej wątkach twórczości Brytyjczyka wyraźnie widać jego poglądy polityczne. Miéville jako przedstawiciel radykalnej lewicy, wyraźnie krytykuje konsumpcjonizm i korporacjonizm, obnaża absurdy liberalnej gospodarki (Dzień dziś wesoły), czy też obłudę wielkich korporacji (Koniec z głodem). Uważam, że jest to niesłychanie ożywczy, świeży powiew we współczesnej fantastyce. Szczególnie jeśli odniesiemy to do polskiego fandomu, gdzie zdecydowana większość pisarzy wprost deklaruje się jako zwolennicy prawej strony sceny politycznej prezentując pełne spektrum typowych dla niej postaw: od radykalnego antykomunizmu, przez rozbuchany narodowy konserwatyzm, na zapędach monarchistycznych kończąc. Ot, taki urok naszego rodzimego poletka. Obawiam się, że gdyby osoba pokroju Miéville'a próbowała tworzyć nad Wisłą szybko zostałaby przez środowisko zjedzona. Szczęśliwie jednak dla czytelników, twórczość trzykrotnego laureata Nagrody Arthura C. Clarke'a jest do naszego kraju bez przeszkód importowana i znajduje tu spore zainteresowanie.

Miéville w swoich opowiadaniach kapitalnie potrafi zbudować nastrój. Zwykle (choć nie zawsze) posługuje się narracją pierwszoosobową, co budzi skojarzenia z twórczością H.P.Lovecrafta. Tym bardziej, że klimat tajemnicy, grozy, czasem lekkiej paranoi jest tu niemal wszechobecny. Trudno powiedzieć, czy zawartość W poszukiwaniu Jake’a to bardziej urban fantasy, czy raczej dyskretnie serwowany horror. Styl Brytyjczyka to nie tylko wnikliwa obserwacja rzeczywistości i podszyte polityką uszczypliwe jej komentowanie. Składa się na niego także pióro zdolne budować fascynujące, plastyczne opisy, które powodują, że odrealniona rzeczywistość niemal staje czytelnikowi przed oczami. Język polskiego wydania tych opowiadań jest dość zróżnicowany, co jest poniekąd rezultatem faktu, że nad ich przekładem pracowało aż czterech tłumaczy. No cóż, od przybytku głowa nie boli…


Czy warto się ze zbiorem Miéville’a zapoznać? Z pewnością tak. Wyobraźnia tego autora jest wręcz niesłychana, a sprawne pióro, żywy, zadziorny język i polityczne podszyta krytyka współczesnego świata powodują, że płody tej wyobraźni przybierają fascynujące i wciągające literackie formy. Tu nie ma słabych tekstów, większość jest co najmniej bardzo dobra, kilka zaś jest wręcz doskonałych (Pokój kulek, Doniesienia o pewnych wypadkach w Londynie, Chowaniec, Łącznik, Koniec z głodem, Dziś dzień wesoły czy Jack). W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania to nie tylko pozycja dla miłośników uniwersum Bas-Lag, czy też tych, którzy poszukują tak rzadkiego towaru jakim jest lewicowa, społecznie zaangażowana fantastyka. Zbiór ten to przede wszystkim sporo świetnych pomysłów przelanych na papier za pomocą doskonałego pióra. O ile do niedawna miałem jeszcze pewne wątpliwości, tak obecnie już ich nie mam: nazywanie Chiny Miéville’a, trzykrotnego laureata Nagrody Arthura C. Clarke’a, jednym z najważniejszych współczesnych twórców fantastyki bynajmniej nie jest opinią na wyrost. On na nią w pełni zasługuje. Niedowiarkom polecam omawiany zbiór. Wszystkim innym zresztą też, bo jest to fantastyka na najwyższym poziomie.

5,5/6


niedziela, 25 lipca 2010

Delikatne uderzenie pioruna - Dariusz Domagalski - recenzja

Fantastyka, jak każdy inny gatunek literatury, chętnie posługuje się pewnymi konwencjami. Jedną z takich, popularnych wśród pisarzy-fantastów, konwencji jest powieść historyczna z mniej lub bardziej widocznymi wątkami nadprzyrodzonymi. Na rodzimym poletku parali się nią tacy autorzy jak choćby Jacek Komuda, Andrzej Sapkowski, Marcin Mortka czy Rafał Dębski. Do tej listy można dołączyć jeszcze nazwisko Dariusza Domagalskiego, który zadebiutował w roku 2009 powieścią Delikatne uderzenie pioruna.

Autor zabiera nas w podróż do roku 1409 w świat politycznych gier między Polską, Litwą, Żmudzią i Zakonem Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie… zwanym u nas powszechnie Krzyżakami. Domagalski dodaje do tych rozgrywek jeszcze jeden element: kabałę. Okazuje się bowiem, że za starciem sił w naszym świecie stoją potężne moce spoza niego. Emanacje Boga - dziesięć Sefir, pogrążone są w konflikcie. Posyłają do naszego świata Przebudzonych, którzy mają pomóc w jego rozstrzygnięciu. Wśród nich, tyle, że po przeciwnych stronach znajdują się między innymi Władysław Jagiełło, Witold, czy Ulryk von Jungingen. Takim Przebudzonym jest też główny bohater Delikatnego uderzenia pioruna, Burgundczyk, Dagobert z Saint-Amand, będący w służbie Sefiry Netzach.

Domagalski przyjmuje prosty podział na "dobrych" Polaków i Litwinów, służących prawej, męskiej stronie Drzewa Życia, będącego wzorem budowy świata (a zarazem wzorem samego stwórcy) i "złych" Krzyżaków, czyli sługi lewej, żeńskiej strony tegoż Drzewa. Niestety ma to swoje niezbyt fortunne konsekwencje w postaci papierowych bohaterów. Owszem, mają swoje dylematy, skłonności i namiętności, jednak przede wszystkim pozostają oni sługami Sefir, swoistymi wykonawcami ich woli. Krzyżacy są zatem trochę topornie antypatyczni, zaś stronnicy Polaków, czy Żmudzinów prawi i dzielni w sposób momentami wręcz banalny. O ile zatem sam pomysł na naszkicowanie nadprzyrodzonego tła dla wielkiego dziejowego konfliktu jest kapitalny, o tyle jego przelanie na papier jest już trochę gorsze (choć zdaję sobie sprawę, że może to być też rezultat przyjętej konwencji, o czym autor kilkakrotnie wspominał w dyskusjach na forach internetowych).

Akcja powieści jest nieco rwana. Mamy momenty, w których wydarzenia toczą się zbyt powoli, mamy też takie, gdzie ich bieg nabiera sporego tempa. Ponadto pojawiają się wplecione retrospekcje. Całość, niestety, ponownie wywołuje pewien niedosyt, szczególnie jeśli chodzi o przedstawienie losów głównych bohaterów. Nadanie całemu konfliktowi epickich rozmiarów, tak samo jak epickie mogą być konsekwencje działań Przebudzonych w naszym świecie, powoduje, że Domagalski poświęca sporo uwagi wydarzeniom historycznym, które de facto tworzą szerokie, fabularne tło dla akcji. I, o dziwo, jest to jeden z mocniejszych aspektów Delikatnego uderzenia pioruna! Składają się na to doskonałe przygotowanie faktograficzne, ogromna ilość historycznych postaci i spory talent w oddaniu klimatu średniowiecza. Nie jestem tylko pewien, czy to o takie rozłożenie akcentów autorowi faktycznie chodziło.

Debiutancka powieść Dariusza Domagalskiego arcydziełem nie jest. Bardzo ciekawy pomysł stracił sporo na trochę słabszym wykonaniu. Bohaterowie są nieco zbyt sztuczni i oczywiści, dialogi czasem wydają się trochę nienaturalne, zaś sceny miłosnych uniesień w pewnym momencie wręcz irytują. Te niedociągnięcia można jednak złożyć na karb debiutu. Z drugiej bowiem strony przyglądanie się konfliktowi Polski i Litwy z Zakonem Krzyżackim niejako "od środka" naprawdę wciąga. A w tym strona "fantastyczna" tej powieści ani nie pomaga, ani nie przeszkadza. Co więcej, odnoszę wrażenie, że sporo intrygujących wątków (także tych "fantastycznych") może nabrać pełnego kolorytu w drugim tomie trylogii - "Aksamitnym dotyku nocy", tym bardziej, że autor miał czas na wyciągnięcie wniosków z niedociągnięć debiutu. Dariusz Domagalski potencjał ma całkiem spory. Na ile zostanie on wykorzystany? No cóż, pokaże to tom drugi jego krzyżackiej trylogii.

3,5/6

Więcej o książce TU

czwartek, 22 lipca 2010

Krzyżacka zawierucha - Jacek Komuda - recenzja


Jestem lojalnym czytelnikiem. Mocna deklaracja, prawda? Ale prawdziwa, więc chyba mogę sobie na nią pozwolić bez zbędnego owijania w bawełnę. Tak to już jakoś jest, że jeśli jakiś autor utrafi w moje gusta to jestem w stanie pochłonąć w zasadzie każdą rzecz, którą spłodzi. Co więcej, bez względu na jej realne walory pewnie będzie mi się ona podobać. Nie inaczej jest w przypadku twórczości naczelnego szlachcica polskiej literatury, imć Jacka Komudy. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko ukazała się jego najnowsza powieść, Krzyżacka zawierucha, pospiesznie udałem się do księgarni celem jej nabycia. A potem ją oczywiście przeczytałem. W tym miejscu wypada zatem podzielić się wrażeniami z tejże lektury.
Najnowsze dzieło pisarza pieczętującego się herbem Kościesza zapowiadało się wielce intrygująco. Po raz kolejny bowiem autor odszedł od ukochanej przez siebie konwencji XVII-wiecznej przenosząc akcję do połowy wieku XV. Scenerią powieści są tereny Państwa Zakonnego w trakcie wojny Trzynastoletniej. W rolach głownych zamiast husarii występują więc polscy rycerze, no i oczywiście krzyżacy. Nie przeczę, dość to koniunkturalne, biorąc pod uwagę 600-lecie Bitwy pod Grunwaldem i fakt, że niemal wszystko odnoszące się do smutnych panów w białych płaszczach sprzedaje się ostatnimi czasy jak świeże bułeczki. Z drugiej jednak strony, skoro na poletku literatury fantastyczno-historycznej temat mogli podjąć tacy panowie jak Domagalski, czy Twardoch, to i Komuda może coś od siebie dodać i z pewnością nikomu na tym nie ubędzie. Tym bardziej, że robi to po swojemu, dość przekornie, ale zarazem barwnie.
Ta komudowska przekora, którą dostrzec można było choćby w Bohunie, gdzie opisując szczytowy moment potęgi Rzeczypospolitej za centralny punkt akcji obiera autor klęskę polskich wojsk pod Batohem, widoczna jest także i w Krzyżackiej zawierusze. Także i tutaj punktem wyjścia dla akcji staje się bitwa… i także i tutaj jest to bitwa przez Polaków sromotnie przegrana. To właśnie od wydarzeń na polach pod Chojnicami w 1454 zaczyna Komuda snuć swą opowieść. I niech nikt nie ma wątpliwości co do jednej rzeczy: mimo, iż sceneria jak na tego autora jest nietypowa, sama powieść to typowy przykład jego stylu. Mamy tu więc żywy, często dosadny język, wartką akcję i bohaterów, którym daleko do jednoznaczności. Świat opisany w najnowszym dziele autora Samozwańca jest… szary. I to w tym pozytywnym sensie. Tu raczej nie ma miejsca na czerń i biel, jest za to mnóstwo odcieni wspomnianej szarości.
Typowe dla Komudy jest też podjecie wątku honoru polskiego szlachcica. Główny bohater, Bolko z Rożnowa, wnuk słynnego Zawiszy Czarnego to postać intrygująca. Wychowany wśród szczytnych ideałów i chwalebnej historii swoich przodków zostaje wrzucony w brutalny świat intryg i walkę wywiadów. Postawione są więc pytania o honor i lojalność. To ważne elementy komudowskiego stylu i bardzo ciekawie są podjęte i w tej powieści. Krzyżacka zawierucha ma jednak jeszcze jednego głównego bohatera. Jest nim kończąca się epoka. Średniowiecze, ze swoimi ideałami i etosem rycerskim odchodzi w dal. Nie liczy się już honor i dworność, a raczej skuteczność i bezwzględność. Bardzo mocno wypada tu jedna z ostatnich scen powieści gdzie Bolko odrzuca zbroję i miecz i dokonuje rzezi swych wrogów za pomocą szabli. Symbolika tego momentu robi ogromne wrażenie i jest chyba też swoistym ukłonem Komudy w kierunku stałych odbiorców jego twórczości osadzonej w XVII wieku.
Krzyżacka zawierucha ma jednak kilka wad. Po pierwsze, niewielka objętość powoduje, że akcja momentami wydaje się niedostatecznie przedstawiona. Czasem ma się wrażenie stosowania prostych rozwiązań, typu deus ex machina, które… no cóż, niezbyt przekonują. Poza tym, jest to powieść dla tego autora mocno typowa, posługująca się bardzo podobnym schematem co inne jego większe formy. Młody, pełen ideałów bohater zostaje wplątany w rozgrywkę między potężnymi stronnictwami, co wystawia na próbę jego zasady, honor itp. A wszystko to okraszone sporą ilością akcji, pojedynków i ucieczek. 100% Komudy w Komudzie. Jeśli komuś ta forma odpowiada i się nią nie znudził, będzie z lektury Krzyżackiej zawieruchy zadowolony. Ten, komu się ta forma trochę przejadła może sobie tę książkę odpuścić. Ja sam przy lekturze bawiłem całkiem nieźle. Sporo frajdy sprawiły mi opisy Malborka, który dosłownie tydzień wcześniej zwiedzałem. A poza tym, jak już zaznaczyłem na początku, jestem lojalnym czytelnikiem. Rewelacji zatem nie ma, ale podobać mi się podobało.
4/6

środa, 21 lipca 2010

Pierścień - Larry Niven - recenzja z portalu Fantasta.pl

Każdy gatunek literacki prędzej czy później może pochwalić się pewnym kanonem, zbiorem utworów uznawanych za najlepiej go definiujące, lub stanowiące szczytowe osiągnięcia w danej konwencji. Powieść Pierścień Larrego Nivena często uznawany jest właśnie za tego typu dzieło: jeden z kanonicznych tekstów gatunku zwanego Science Fiction. Pewien problem pojawia się jednak w momencie, kiedy dochodzimy do wniosku, że sam ten termin w gruncie rzeczy niewiele nam mówi. Czym innym bowiem jest postapokalipsa, czym innym zaś cyberpunk, space opera czy hard SF. Do którego z tych "podgatunków" należy powieść Nivena? Z pewnością nosi wiele cech dwóch ostatnich z wymienionych przeze mnie konwencji. Co więcej, po lekturze muszę przyznać, że w każdej z nich można zasłużenie uznać Pierścień za dzieło kanoniczne.

Przyszłość Ziemi (i nie tylko) naszkicowana w omawianej powieści rysuje się wielce interesująco. Postęp doprowadził ludzkość nie tylko do sytuacji, w której przedstawiciele homo sapiens są długowieczni, czy też mogą się w sposób niemal nieograniczony, błyskawicznie przemieszczać po powierzchni planety, ale także jest ona częścią galaktycznej społeczności składającej się z wielu innych ras. Niven uczynił świat Pierścienia jedynie cząstką ogromnego, opisywanego w licznych powieściach i opowiadaniach uniwersum, które żyje, ma swoją historię i politykę. Czasami w tego rodzaju literackich przedsięwzięciach, rozkładających opis autorskiej kreacji na wiele odrębnych pozycji, istnieje ryzyko, że z perspektywy pojedynczego tomu świat będzie niejasny, lub niedostatecznie naszkicowany. Tu jednak autor daje sobie radę doskonale. Czytelnik poznaje nowe, egzotyczne rasy, poznaje też ich technikę, politykę i wzajemne interakcje. Wszystko to wciąga, co stanowi świetną rekomendację dla kolejnych pozycji uniwersum znanego wszechświata. Rozmach zaiste rodem z przedniej space opery. Z drugiej strony tytułowy Pierścień, nieznanego pochodzenia obiekt odnaleziony w kosmosie, który staje się celem poznawczej ekspedycji głównych bohaterów powieści, jest też pretekstem do wprowadzenia sporej porcji "science", co czyni z powieści Nivena także klasyczne dzieło hard SF. Spekulacje na temat możliwości zbudowania i istnienia takiego obiektu ponoć stały się obiektem niejednej już dysputy akademickiej na wydziałach fizyki czy astronomii. Sporo naukowości (aczkolwiek już nie na tak wysublimowanym poziomie) funduje nam też autor opisując biologię czy psychologię obcych ras jak sztandarowe już Laleczniki Piersona i Kzinowie. A skoro tak, to i w tym przypadku można pokusić się o wpisanie Pierścienia do gatunkowego kanonu.

Równie ciekawi są bohaterowie powieści. Niven z jednej strony pokazuje nam dwójkę bardzo różnych od siebie ludzi: doświadczonego, dość już wiekowego Louisa Wu, który zdaje się być modelowym wręcz przykładem członka bohemy futurystycznego świata oraz młodą i naiwną Teelę, prawdziwe "dziecko szczęścia". Z drugiej zaś strony mamy fantastycznie skonstruowane postacie obcych – Nessusa i Mówiącego-Do-Zwierząt. Czuć, że same koncepcje tych ras to nie tylko doskonały pomysł, ale i świetne pisarskie wykonanie. Obaj członkowie ekspedycji na Pierścień wnoszą do powieści bardzo dużo. Warto zwrócić uwagę, że w przypadku Nivenowskich obcych wszystko się ładnie zazębia i łączy w spójną koncepcję: ich biologia, psychologia i kultura są dopracowane na tyle, że czasami Czytelnik ma ochotę sięgnąć po jakąś pracę poświęconą np. tylko Lalecznikom Piersona i dowiedzieć się o nich czegoś więcej. A to bardzo dobrze świadczy o autorze.

Pierścień w zasadzie wpisuje się w klasyczny model powieści Science Fiction (co niewątpliwie także leży u źródeł opinii o jego kanoniczności). Otóż grupa śmiałków wyrusza poznać nieznany obiekt w kosmosie. Niby nic nowego. A jednak! Wizja Pierścienia jest monumentalna, tak jak sam obiekt. Stawia też dość klasyczne pytania o miejsce ludzkości we wszechświecie i granice naszego poznania, pokazując jak małą cząstką jesteśmy i jak mało wiemy. Czyżby więc kolejna powieść z gatunku fantastyki filozofującej? Niekoniecznie. Sztandarowa powieść Nivena to raczej fantastyka przygodowo-awanturnicza. Poznawanie Pierścienia staje się bowiem wielką przygodą osadzoną w malowniczych i egzotycznych sceneriach. I co najlepsze, bynajmniej nie kłóci się to z wyraźnie zaznaczonymi wątkami hard SF, czy space opery na galaktyczną skalę.

Po lekturze Pierścienia miałem ochotę zakrzyknąć "chcę jeszcze!". Nie tylko dlatego, że autor stworzył intrygujących bohaterów i malowniczy świat, ale przede wszystkim z tego powodu, iż lektura rodzi więcej pytań niż udziela odpowiedzi. W dodatku niemal każdy miłośnik fantastyki może przez to "jeszcze" rozumieć coś innego. Jeden bowiem będzie szukał informacji o genezie Pierścienia, inny będzie chciał poznać jego dalszą historię, jeszcze ktoś zechce poczytać więcej o konflikcie miedzy ludźmi a Kzinami. To zapotrzebowanie zaowocowało ogromną ilością publikacji, które Niven osadził w uniwersum Pierścienia. Niestety większość z nich nie jest w naszym kraju znana. Mam nadzieję, że to się zmieni. A sam Pierścień? No cóż, to niewątpliwy klasyk. I to taki, który nie tylko nie zestarzał się nic a nic, ale wciąż z niezwykłą siłą oddziałuje na wyobraźnię Czytelnika. W dodatku kapitalnie napisany i serwujący fascynujący miks wielu konwencji, które mogą się wydawać nie do pogodzenia. Da się? Ano da się. Jest to po prostu powieść, którą, przynajmniej w mojej opinii, każdy fan fantastyki powinien poznać. O to jak ją oceni już się specjalnie nie martwię.

5/6

Więcej o książce TU
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...