czwartek, 24 lutego 2011

Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów - Szczepan Twardoch - recenzja

Jakiś czas temu wspominałem o rosnącej popularności prozy sytuującej się na przecięciu literatury historycznej z fantastyką. Na naszym rodzimym rynku czołowymi nazwiskami tego nurtu zdają się być Jacek Komuda, Dariusz Domagalski, Marcin Mortka czy Robert Foryś. Zwykle literatura tego typu, to po prostu dobrze napisana, przygodowa fabuła osadzona w realiach znanych z kart podręczników historii, czasem jeszcze zaprawiona elementami nadprzyrodzonymi. Nie da się ukryć, że przygotowane wedle tej receptury utwory znajdują sporą ilość amatorów.



Wspomniany nurt fantastyczno-historyczny jest powiązany z innym, który nazwałbym fantastyczno-narodowym. Przyglądając się kondycji rodzimej fantastyki, trudno się oprzeć wrażeniu, że możemy obserwować pewną tendencję do podejmowania tematów związanych z polskimi realiami, polską historią, czy też mniej lub bardziej odległymi wizjami przyszłości Polski. Co ciekawe, zwykle jest to historia Polskę i polskość wynosząca na piedestał, gloryfikująca, nawet jeśli odbywa się to w sposób czysto rozrywkowy i w pewnym sensie polskość tą odczarowujący i czyniący ją atrakcyjną. Mamy zatem Komudowską szlachtę, rycerzy Domagalskiego, Pana Jana u Szmidta, a także przeróżne wariacje na temat alternatywnych lub futurystycznych losów Polski u Dukaja, Piskorskiego, Kołodziejczaka, Guzka, Piekary, Pilipiuka i wielu, wielu innych. I za każdym razem jest w tej wizji coś, co w sumie doprowadza nas do wniosku, że ta polskość jest w sumie… fajna. Być może jest to mój subiektywny odbiór, ale bardzo niewiele w tym popularnym nurcie faktycznej, czasem brutalnej demitologizacji i postawienia ważnych pytań, także tych trudnych i nieprzyjemnych. Dlatego też lektura najnowszej powieści Szczepana Twardocha, która może się dla niektórych okazać dość bolesna, dla mnie okazała się być bardzo ożywczym powiewem, wnoszącym do rodzimej literatury podejmującej wątek historyczny coś zdecydowanie nowego.

Sprowadzenie Wiecznego Grunwaldu do powieści skonstruowanej wokół pewnego wydarzenia historycznego (Bitwy pod Grunwaldem, jak łatwo się domyślić) jest ogromnym uproszczeniem. Sama bitwa staje się tu jedynie punktem zwrotnym, pewnym momentem przewartościowania i przeskoku z rzeczywistości dostępnej i namacalnej do bardziej alegorycznej i odrealnionej. Książka Twardocha jest swoistym pamiętnikiem lub wręcz spowiedzią Paszka, bękarta króla Kazimierza Wielkiego spłodzonego z córką norymberskiego kupca. Czytelnik staje się świadkiem dojrzewania i przemian, jakie w Paszku zachodzą, aż do kulminacyjnego (a przecież także otwierającego powieść) momentu jego doczesnej śmierci na grunwaldzkim polu. Ziemski żywot Paszka to jednak jedynie fragment całej historii, stajemy się bowiem świadkami podróży głównego bohatera poprzez niezliczoną ilość żywotów i śmierci, światów i historii, w których przyjmuje on rozmaite role. Za każdym razem osią wokół której konstruowana jest rzeczywistość jest relacja wynikająca z podwójnej natury bękarta i jego polsko-niemieckiego dziedzictwa. Swoistym typem idealnym, posuniętą do granic wyostrzenia alegorią stosunków Polski i Niemiec jest niby w zamkniętym kole, notorycznie powracający Wieczny Grunwald / Ewiger Tannenberg - świat sprowadzający się do jednego: wiecznej wojny między wcieloną Matką Polską a świętą, niemiecką Blut odzwierciedlającą ideę tego narodu. Twardoch podejmuje temat trudny i niewdzięczny w sposób niebywały. Z jednej strony zachwyca bowiem kunsztownością stylizowanego, rekonstruowanego języka, pewną poetyckością swoich słów. Językowo powieść ta jest absolutnym majstersztykiem, na gruncie polskim porównywalnym chyba tylko z twórczością Lema i Dukaja. Język (a w zasadzie języki, między którymi autor często przeskakuje) staje się bowiem integralnym elementem całości. Z drugiej jednak strony, sposób w jaki podjęty jest polski (ale i niemiecki) mit narodotwórczy jest równie subtelny co cios na odlew toporem, ot, taki prosto z grunwaldzkiego pola. Tu, wspomniana przeze mnie pozytywna wizja Polski i polskości jest potraktowana wręcz szyderczo, doprowadzona do skrajności tak w sumie oczywistej, że aż przerażającej. Trudno bowiem przyglądając się naszej historii nie zauważyć ogromnej roli, jaką w konstytucji naszej tożsamości narodowej odgrywa mit walki i śmierci za Ojczyznę, często straceńczej. Pojęcia takie jak honor, poświecenie i oddanie są tu odarte z mgiełki złudzeń, którą nieraz dostrzegamy. U Twardocha dostrzegamy też jak istotna dla (także tej współczesnej) tożsamości Polaków staje się opozycja między Polską a Niemcami, jako nie tylko pewna historyczna zaszłość, ale starcie dwóch światów niewspółmiernych w najwyższym możliwym stopniu[1].

Wieczny Grunwald nie jest jedynie wychodzącą z nurtu powieści historycznej summą relacji polsko-niemieckich i ich demitologizacją. Jest to także powieść o rozszczepionej tożsamości mieszańca. Paszko dzieli swoją lojalność, ale bardziej chyba jeszcze swoją nienawiść równo pomiędzy dwa splecione w uścisku historii twory, które staną się kiedyś narodami. Jest on nie tylko bękartem historii, odrzuconym tak przez jednych, jak i przez drugich. Twardoch podejmuje poprzez Paszka także kwestię procesu narodotwórczego i przemian pionowej mobilności społecznej. Widzimy wyraźnie jak na polu grunwaldzkim tworzy się tożsamość identyfikująca „swoich” i „obcych” już nie w kategoriach stanu i klasy, ale raczej właśnie pod kątem języka, czy miejsca zamieszkania. Paszko, będący nie tylko niechcianym dzieckiem dwóch nacji, ale i wyrzutkiem społeczeństwa, niezdolnym do znalezienia swojego miejsca także w ściśle zdefiniowanym porządku klasowym jawi się nam jako buntownik. Nie jest to jednak bunt z wyboru, ale raczej z konieczności, z braku innych opcji. Powieść Twardocha to historia człowieka zewnątrzsterownego , swoistej marionetki poruszanej przez Historię, Matkę Polskę, Germańską Blut, Czarnych Bogów, wreszcie manipulowanego też przez innych ludzi.

Kilka zdań warto poświęcić w tym miejscu formie, w której książka została wydana. Narodowemu Centrum Kultury należą się bowiem tu słowa uznania. Powieść Twardocha cechuje się bowiem tym, co inne historie alternatywne wydawane w serii „Zwrotnice czasu”. Solidna, twarda oprawa opatrzona obrazem Wojciecha Siudmaka, dobry papier, a także piękne, sugestywne ilustracje Irka Koniora komponują się z ambitnym tekstem w zgraną całość. Pod względem edytorskim jest to bez dwóch zdań krajowa ekstraklasa.

Jeśli miałbym określić Wieczny Grunwald za pomocą pięciu przymiotników, to miałbym spory problem. Autorowi udało się podjąć zbyt wiele wątków, aby można było podsumować jego powieść w tak prosty sposób[2]. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście rozliczeniowość i podjęcie wątku relacji polsko-niemieckich, a także podstaw naszej narodowej tożsamości (zdecydowanie bardziej dotyczy to tożsamości polskiej niż niemieckiej). A że relacje te są trudne, to i książka do łatwych nie należy. Wpływa na to również wspomniana już wielowątkowość i złożoność konstrukcji całej powieści, na którą składa się nie tylko krytyka historyczna, ale też i krytyka społeczna (w sensie stanu/klasy), podniesienie wątku autoidentyfikacji, zakorzenienia, czy sfera językowa. To jednak nie wszystko. Jak zaznaczyłem wcześniej Twardoch podejmuje problem ze swoistą, subtelnie zaaplikowaną brutalnością. To niewątpliwie prawda, jednak wizja ta nie wydaje się w ostatecznym rozrachunku absolutnie pesymistyczna. Udaje się bowiem autorowi pokazać pewną ścieżkę przewartościowania, wprowadzenia pewnej uniwersalnie humanistycznej nadziei przezwyciężającej partykularyzm. Końcówka powieści zaskakuje i daje do myślenia, stojąc w wyraźnej opozycji do wizji kreślonej konsekwentnie na wcześniejszych stronach. Być może jest tak, jak twierdzi Michał Cetnarowski, że autor po prostu przestraszył się pesymistycznego wydźwięku swojego tekstu. Wydaje mi się jednak, że tego typu zakończenie dość dobrze koresponduje z ogólnym tonem Wiecznego Grunwaldu. Przezwieczny konflikt zostaje tu bowiem rozwiązany przez negację ostateczną jego zasady i przyczyny – samej kwintesencji Narodu, coś co może być jeszcze bardziej bolesne, niż zmierzenie się z narodową mitologią. Dla mnie powieść Szczepana Twardocha to przykład doskonałej, bezpretensjonalnej lektury. Trudnej, wymagającej i podejmującej ważny temat, w ten sposób nawiązującej do chlubnych tradycji klasycznej fantastyki. Bliżej tu do twórczości Dicka czy Zajdla, niż do Komudy czy Domagalskiego. Mimo przyjęcia fantastycznego sztafaża lepiej chyba rozpatrywać Wieczny Grunwald, jako powieść przynależącą do literatury głównego nurtu. I twierdzę tak bynajmniej nie dlatego, że w moim mniemaniu jest to książka zbyt dobra lub zbyt ambitna w stosunku do większości publikowanej w Polsce fantastyki (choć coś niewątpliwie jest na rzeczy). Martwię się raczej o to, że powieść ta może stać się takim literackim Paszkiem, mieszańcem przez nikogo nie uważanym do końca za „swoją”. Dlatego życzę autorowi, aby udało mu się wypłynąć ze swym dziełem na szersze wody. Wśród miłośników literatury gatunkowej ma on już wyrobioną markę – tu odbiorców swojej twórczości znajdzie na pewno. Wydaje mi się jednak, że Wieczny Grunwald zasługuje by dotrzeć do szerszego grona czytelników. Raz, że jest to bardzo ważny głos w dyskusji o tym czym jest polskość; a dwa, że jest to po prostu kapitalna, wciągająca i doskonale napisana powieść.

6/6

[1] Swoją drogą ciekawe, że między rzeczywistościami wykreowanymi na wyraźnie niewspółmierne (Polską i Niemcami w Wiecznym Grunwaldzie) dochodzi jednak do konfrontacji… co w sumie przeczy trochę ich niewspółmierności. Pytanie, czy to niedopatrzenie, czy świadomy zabieg Twardocha, pokazujący fałszywość twierdzenia o wspomnianej niewspółmierności. Osobiści wydaje mi się, że to drugie, ale kto wie?
[2] Bardzo ciekawą analizę wspomnianej wielowątkowości Wiecznego Grunwaldu można znaleźć w tekście Michała Cetnarowskiego „Wieczne powroty” Fantasy & Science Fiction. Edycja polska, 2010, nr 3, lato, ss. 200-204

1 komentarz:

  1. Co ciekawe, powyższa recenzja została podlinkowana na stronach Narodowego C
    +entrum Kulury obok recenzji tak znamienitych postaci jak Paweł Dunin-Wasowicz, Marek Oramus, Jaś Kapela czy Łukasz Orbitowski. Jak ktoś chce rzucić okiem to bardzo proszę: http://www.zwrotniceczasu.nck.pl/seria_ksiazkowa.html?rec=18

    OdpowiedzUsuń