Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i s-ka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Pożar - Brandon Sanderson - recenzja z portalu Fantasta.pl

Stalowe Serce, pierwszy tom „Mścicieli” Brandona Sandersona, wzbudził we mnie dość mieszane uczucia. Z jednej strony podejmował popularny ostatnio temat superbohaterów i przenosił go z medium komiksowego czy filmowego na grunt literatury. Amerykanin stworzył malowniczą, bardzo dynamiczną historię, która miała swój charakter. Z drugiej strony, wyraźnie zauważalne były bolączki charakterystyczne dla nurtu young adult. Jak na tym tle przedstawia się druga powieść cyklu?

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Zamieć - Neal Stephenson - recenzja

Ktoś gdzieś kiedyś powiedział, że warto zacząć mocnym akcentem. Mniejsza o to, czy mamy do czynienia z filmem, prezentacją konferencyjną czy recenzją książki – wyrazisty początek pomoże przykuć uwagę odbiorcy, zaintrygować, zachęcić, by poświecił swój czas na zapoznanie się z resztą przekazu. Słowo się rzekło: Zamieć to pierwsza powieść Neala Stephensona, jaką przeczytałem. Bum! Trach!! Łup!!! Świat się wali. Wymądrza się taki na temat fantastyki, a z twórczością jednego z najbardziej uznanych współczesnych pisarzy SF jest na bakier. Może i tak, ale w najlepszym razie jest to znakomita okazja do tego, by te zaległości w lekturach nadrobić (warto także dodać, że znane mi opowiadania Amerykanina całkiem mi się spodobały). Tym bardziej, że wymieniona powyżej powieść zrobiła na mnie spore wrażenie. Ale po kolei…

piątek, 24 lipca 2015

H.P. Lovecraft. Biografia - S.T. Joshi - recenzja z Szortalu

Twórczość Howarda Phillipsa Lovecrafta była niezwykle istotna dla ukształtowania się moich gustów literackich. Do tego stopnia, że kilkanaście lat temu uczyniłem ją (i samego pisarza) tematem jednej z części mojej matury. Wtedy jednak - w dobie raczkującego i niekoniecznie powszechnie dostępnego internetu - oprócz kilku publikacji książkowych z tekstami Samotnika z Providence, grą fabularną Zew Cthulhu, a także nielicznymi materiałami dostępnymi w hobbystycznych periodykach, trudno było o kompleksowe, wyczerpujące opracowania przybliżające niebanalną postać samego autora Szepczącego w Ciemności. Szczęśliwie, lata minęły, zasoby sieci znalazły się w zasięgu jednego kliknięcia, rynek niebywale się rozrósł, a wraz z nim ilość publikacji "okołolovecraftowskich". Najważniejszą z nich wydaje się być monumentalna biografia Lovecrafta pióra S.T. Joshiego - chyba najwybitniejszego ze współczesnych badaczy życia i twórczości nowoangielskiego pisarza. 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Stalowe serce - Brandon Sanderson - recenzja z portalu Fantasta.pl

Na przestrzeni ostatnich kilku lat Brandon Sanderson dorobił się opinii jednego z najciekawszych autorów świata literatury fantasy. Jego niewątpliwy talent do opowiadania wciągających historii, połączony z dobrymi, oryginalnymi pomysłami na neverlandy, zaowocował rynkowym sukcesem oraz uznaniem w oczach czytelników i krytyki. Warto jednak pamiętać, że pisarzowi temu zdarza się wychodzić poza wąską niszę fantasy. Przykładem tego typu wycieczki może być otwierająca cykl "Mściciele" powieść Stalowe serce.

piątek, 12 czerwca 2015

Kroniki Amberu. Tom 2 - Roger Zelazny - recenzja z portalu Fantasta.pl

Pisząc o pierwszym tomie zbiorczego wydania Kronik Amberu Rogera Zelaznego, zwróciłem uwagę, iż jest to cykl uważany za jeden z najważniejszych w historii fantastyki. To poczesne miejsce zawdzięcza nie tylko czysto pisarskim umiejętnościom autora, ale przede wszystkim wyróżniającemu się na tle ówczesnej literatury pomysłowi na świat przedstawiony. I choć wykorzystanie idei multiuniwersum nie było wcale jakąś wielką rewolucją (bo czytelnicy znali już choćby Narnię C.S. Lewisa), to jednak połączenie rodzącego się urban fantasy z poważnymi tematami oraz klimatem intryg i knowań stworzyło mieszankę, która na stałe znalazła eksponowane miejsce w sercach i biblioteczkach kolejnych pokoleń fantastów. Słowa te tyczą się jednak przede wszystkim tzw. „cyklu Corwina”, czyli pierwszych pięciu powieści, które Zelazny osadził w świecie Amberu i jego cieni. A przecież było jeszcze pięć kolejnych…

środa, 22 kwietnia 2015

Kroniki Amberu. Tom 1 - Roger Zelazny - recenzja z portalu Fantasta.pl

Gdyby zrobić przegląd pojawiających się co jakiś czas rankingów „najważniejszych cykli w historii fantastyki”, obok Diuny Herberta, Księgi Nowego Słońca Wolfe’a, Fundacji Asimova, Ziemiomorza LeGuin czy Świata Dysku Pratchetta zwykle pojawiają się Kroniki Amberu Rogera Zelaznego. Amerykanin o polskich korzeniach wsławił się zredefiniowaniem konwencji fantasy, wrzucając do jednego worka kilka elementów, które już same w sobie byłyby wystarczająco „nośne”, aby wyróżnić zawierające je dzieło literackie na tle konkurencji. Jakiś czas temu wydawnictwo Zysk i S-ka wznowiła wszystkie dziesięć powieści składających się na cykl, z zachowaniem podziału na dwa tomy – zresztą zgodnie z wewnętrzną logiką całości. Niestety, spora część nakładu tego wątpliwej urody wydania skończyła „na taniej książce”. Tym razem Kroniki Amberu zostają przypomniane w nowej, zdecydowanie ładniejszej szacie graficznej.

piątek, 21 marca 2014

Światło się mroczy - George R.R. Martin - recenzja z portalu Fantasta.pl

Tak to zwykle bywa, że obserwując pisarskie kariery sztandarowych postaci literatury popularnej (choć czy tylko?) bez trudu można dostrzec jak ich styl się zmieniał, dojrzewał, jak nabierali umiejętności, obycia z klawiaturą, jak budowali swój repertuar fabularnych i narracyjnych rozwiązań, jak nabierali manieryzmów i naleciałości. Czasem taka podroż wstecz czyjejś twórczości potrafi przynieść wiele satysfakcji z szukania i odkrywania elementów, które wymieniłem powyżej. Innym razem może się równie dobrze okazać męcząca i nudna, a wczesne teksty być niewiele więcej, niż opublikowanymi nie wiedzieć czemu wprawkami. Na fali komercyjnego sukcesu „Pieśni Lodu i Ognia” w wszelkich postaciach wydawnictwo Zysk i Spółka postanowiło przypomnieć polskiemu czytelnikowi debiutancką powieść George’a R.R. Martina pt. Światło się mroczy. Szczęśliwie, ta podróż do początków literackiej kariery Amerykanina nie okazała się dla mnie bolesna, raczej pouczająca. Na przykładzie tej książki można bowiem bez trudu dostrzec, że sporo czasu musiało minąć nim ten poczytny obecnie autor zebrał pisarskie szlify (choć warto pamiętać, że pisząc swój pełnowymiarowy debiut miał już na koncie Nagrodę Hugo za Pieśń dla Lyanny)


poniedziałek, 2 września 2013

Legion - Elżbieta Cherezińska - recenzja z Portalu Historyczno-Wojskowego

Legion Elżbiety Cherezińskiej od momentu pojawienia się na rynku wzbudza dyskusję. W gąszczu komentarzy, zarówno tych hołubiących książkę, jak i poddających ją surowej krytyce, czuć emocje jakich nie dawno wywołała żadna pozycja beletrystyczna. Sprawa jest jednak ze wszech miar warta uwagi. Otóż poczytna autorka specjalizująca się do tej pory w powieściach osadzonych w średniowieczu (choć warto pamiętać, że także realia drugowojenne nie są jej obce, co udowodniła w Byłam sekretarką Rumkowskiego) poświęciła swoją najnowszą powieść polskim partyzantom, którzy nie poddali się rozkazom Rządu, i walcząc zarówno z Niemcami jak i Sowietami przebili się przez front do armii Pattona. Piękna, autentyczna historia nabierająca szczególnego znaczenia w Roku Żołnierzy Wyklętych. Tyle tylko, że rzeczony oddział to Brygada Świętokrzyska Narodowych Sił Zbrojnych, militarnego ramienia nielegalnego przedwojennego ONR, do którego wyraźnie nawiązuje współczesna organizacja nosząca tę sama nazwę. To cecha charakterystyczna Legionu – wyraźne pomieszanie kontekstów historycznych z tymi współczesnymi. Z punktu widzenia marketingowego, kontrowersje, jakie najnowsza powieść Cherezińskiej rodzi z pewnością cieszą wydawcę. Z drugiej strony rodzą pytania o polityczną odpowiedzialność twórcy za konteksty w jakich odczytywane jest jego dzieło. W tym wszystkim gubi się gdzieś czysto literacka ocena tekstu – ocena, która jest bardzo wysoka.

wtorek, 23 października 2012

Ognie niebios - Robert Jordan - recenzja z portalu Fantasta.pl

Ognie niebios Roberta Jordana przez dość długi czas stały mi kością w czytelniczym gardle. Najpierw, gdy po wielu latach od zapoznania się z pierwszymi tomami „Koła czasu” dobrnąłem wreszcie do rzeczonej książki, okazało się, że jest ona kompletnie niedostępna. No nic, zacisnąłem zęby i udałem się do biblioteki (o dziwo w głównej bibliotece Uniwersytetu Wrocławskiego posiadali oba tomy pierwszego polskiego wydania), wypożyczyłem… Po czym po kilkunastu stronach odpadłem. Po kilku miesiącach podjąłem decyzję o kolejnym podejściu. Tym razem skończyło się na wypożyczeniu. Koniec końców temat upadł na dłuższy czas, przynajmniej do momentu wydania przez Zysk nowego, pełnego wydania feralnej dla mnie powieści. I choć sam nie mogłem się jakoś zebrać do kupna tego opasłego, aczkolwiek niezbyt pięknego tomu, na pomoc przyszła moja niezawodna żona, fundując mi Ognie niebios na imieniny. Mimo wszystko, wciąż okazywały się być one książką w pewnym sensie pechową – zanim zabrałem się za lekturę, minęło kilka miesięcy, samo zaś czytanie to kilka podejść rozłożonych na praktycznie całe lato. Długo, nawet bardzo, jak na moje czytelnicze zwyczaje. No ale wreszcie się udało, czas zatem podzielić się tym, co z lektury piątego tomu „Koła Czasu” wynika.

środa, 8 lutego 2012

Nowa wiosna - Robert Jordan - recenzja z portalu Fantasta.pl

Ostatnio przy okazji recenzowania Uczty dla wron G.R.R. Martina wspomniałem, że cykl fantasy zdaje się czasami być osobnym gatunkiem literackim. Jednym ze sztandarowych przykładów tego typu epickiego tworu jest cykl Koło Czasu Roberta Jordana. Rozpoczętą Okiem świata sagę Amerykanin rozciągnął na jedenaście powieści, po czym po ciężkiej chorobie zmarł , nie kończąc swojego dzieła. Pozostawił cieszący się niezwykłą popularnością cykl niedokończonym. Zachowały się jednak obszerne notatki, konspekty i fragmenty przygotowanych już tekstów, na podstawie których inny znany pisarz – Brandon Sanderson tworzy kolejne tomy mające zamknąć niezliczoną ilość wątków zapoczątkowanych przez samego Jordana i w efekcie skończyć cykl zgodnie z wizją jego autora. Sam Jordan napisał jednak jeszcze jedną powieść osadzoną w uniwersum Koła Czasu, a mianowicie stanowiącą wprowadzenie do właściwej fabuły Nową wiosnę.

niedziela, 22 stycznia 2012

Uczta dla wron - George R.R. Martin - recenzja


Czasem można spotkać się z opinią, że cykl fantasy stanowi zupełnie odrębny, obok np. powieści czy opowiadania, gatunek literacki. Epicki, wielowątkowy, rozbudowany niekiedy do granic przyswajalności. Ba! Niejednokrotnie granice te przekraczający, czego rezultatem są nie tylko zagubieni w gąszczu postaci i ich historii czytelnicy, ale i autorzy. O tę granicę przyswajalności otarł się także autor cyklu zwanego Pieśnią Lodu i Ognia, czyli nie kto inny jak George R.R. Matrin. Historia rozpoczęta w doskonałej Grze o tron zyskała na ogromnej popularności za sprawą serialu HBO, a także świetnych gier. Ci z widzów, którzy wciągnęli się w losy rodzin Starków, Lannisterów czy Baratheonów chętnie sięgnęli też po ich literacki pierwowzór. No i tu spotkało ich nie lada zaskoczenie. Opowieść snuta przez Martina urwała się bowiem w dość specyficznym miejscu – miedzy publikacją ostatniego z tomów będących na rynku w momencie premiery serialu – Ucztą dla wron - a wydaniem stanowiącego piąty tom cyklu Tańca ze smokami minęło około pięciu lat. Niby nic wielkiego, blokada twórcza zdarza się nawet najlepszym pisarzom. A jednak. W pierwotnym zamyśle książki te miały stanowić bowiem jedną, spójną całość, obejmującą wiele wydarzeń i jeszcze więcej niż dotychczas postaci, z których perspektywy prowadzona jest narracja. Amerykanin stanąwszy przed wyborem – jak należy podzielić to monumentalne w zamyśle dzieło na tomy – dokonał wyboru tyleż trafnego, co kontrowersyjnego. Kluczem podziału nie była bowiem i tak już dość zaburzona w perspektywie cyklu chronologia wydarzeń (niektóre epizody opisane w Uczcie dla wron dzieją się równolegle do tych z Nawałnicy mieczy. Dotyczy to szczególnie pominiętych w trzecim tomie Pieśni Lodu i Ognia Żelaznych Ludzi), ale raczej lokalizacja i osoby bohaterów. Z ich perspektywy opowiedziana historia zdaje się być zamknięta i w zasadzie pełna. Jakże wielkie było jednak zaskoczenie wielu miłośników cyklu, gdy okazało się, że w powieści nie pojawiają się bezpośrednio tak kluczowi dla wydarzeń w Westeros bohaterowie, jak Daenerys Targaryen, Tyrion Lannister czy Jon Snow. Ich losy miały stać się sednem Tańca ze smokami… na który przyszło długo czekać. Na szczęście wydaje się, że Martin problemy z pisaniem ma już za sobą i po premierze piątego tomu cyklu na szósty nie trzeba będzie czekać długo. W Sieci pojawiły się już pierwsze fragmenty. Tutaj chciałbym się jednak skupić na czwartej odsłonie Pieśni Lodu i Ognia, czyli Uczcie dla Wron – książce mocno wyróżniającej się na tle wcześniejszych tomów osadzonych w Westeros.

wtorek, 18 stycznia 2011

Smoki krasnoludzkich podziemi - Margaret Weis, Tracy Hickman - recenzja z portalu Fantasta.pl

Kilka miesięcy temu miałem okazję zapoznać się z jednym z najnowszych dzieł duetu autorskiego Margaret Weis, Tracy Hickman, a mianowicie ich powieścią Smocze kości osadzoną w autorskim świecie. Książka ta zaskoczyła mnie pozytywnie, gdyż mimo, iż napisana w sposób trochę ugrzeczniony i w zasadzie bardzo prosty, potrafiła wciągnąć w wir wydarzeń w niej opisanych, stanowiąc całkiem solidną porcje rozrywkowej literatury. Kiedy więc dostałem do ręki Smoki krasnoludzkich podziemi – powieść osadzoną w świecie Dragonlance, który był przez lata podstawowym obszarem twórczości Amerykanów, miałem dosyć mieszane uczucia. Z jednej strony było to przeświadczenie, że Weis i Hickman potrafią stworzyć ciekawą historię i równie przekonująco ją opowiedzieć. Z drugiej jednak strony miałem pewne obawy dotyczące przeraźliwie już wyeksploatowanego świata, a przede wszystkim bohaterów znanych z kart Kronik Smoczej Lancy. Nie ukrywam, że Smoki jesiennego zmierzchu czy Smoki zimowej nocy były dla mnie jednymi z pierwszych pozycji fantasy, jakie w połowie lat dziewięćdziesiątych wpadły w moje ręce i do tej pory darzę je sporym sentymentem. Ale jednak takiej fantastyki: do bólu epickiej, z prostą, opartą na heroicznych questach fabułą, a także schematycznymi, czasem wręcz przerysowanymi postaciami jest na rynku na pęczki. Niestety, o ile kiedyś jeszcze raz na jakiś czas taka lektura mnie bawiła, o tyle obecnie coraz częściej powoduje tylko irytację. Koniec końców postanowiłem dać kolejnym Smokom… szansę. W końcu w tym przypadku mamy do czynienia z powieścią autorów, którzy tego typu konwencję (heroicznej fantasy mocno inspirowanej grami fabularnymi w klimacie D&D) stworzyli. Licząc wiec na to, że lepszy oryginał niż kopia starałem się być optymistą. Tym bardziej, że zapowiedzi książki brzmiały dość intrygująco. Smoki krasnoludzkich podziemi stanowią bowiem fabularny pomost pomiędzy klasycznymi pozycjami cyklu Dragonlance: Smokami jesiennego zmierzchu i Smokami zimowej nocy. Ten, kto czytał te pozycje powinien pamiętać, że przeskok między dwoma pierwszymi tomami cyklu Kroniki Smoczej Lancy fundował czytelnikowi informację o sporej ilości heroicznych czynów, których Drużyna pod wodzą Tanisa Półelfa dokonała jakby „w międzyczasie”. Tutaj mieliśmy uzyskać odpowiedź co dokładnie we wspomnianym „międzyczasie” się zdarzyło: a mianowicie jak uchodźcy z Pax Tharkas dotarli do krasnoludzkiego królestwa Thorbardinu i w jakich okolicznościach odzyskano legendarny Młot Kharasa. No cóż, wypadało zatem wybrać się w kolejną podróż do świata Dragonlance.

Na początek należy wyraźnie zaznaczyć, że książka dzieli się na dwie różne od siebie części. W pierwszej mamy do czynienia ze swoistą rekapitulacją sytuacji powstałej po zakończeniu tomu otwierającego klasyczne Kroniki i zawiązaniem właściwej fabuły. W drugiej zaś, akcja przenosi się do krasnoludzkiego królestwa Thorbardinu. Trzeba przyznać, że o ile dalsza część powieści jest dość sztampowym, przeciętnym, ale w sumie zdatnym do czytania heroicznym fantasy, o tyle przebrnięcie przez pierwsze 250 stron to po prostu mordęga. Fabuła wlecze się przeokrutnie, a poszczególne sceny są po prostu nudne. Do tego, o ile dość zrozumiałe są przeskoki narracyjne pomiędzy watkami dotyczącymi poszczególnych bohaterów cyklu, o tyle dokooptowanie wątku smokowców i „komplikacji” wokół śmierci Verminaarda wydaje się być dosyć sztuczne. Tym, co najbardziej jednak irytuje, są bohaterowie. Tak właśnie, te klasyczne już postacie, znane i lubiane przez tysiące czytelników, tu stają się momentami denerwujące do obrzydzenia. Szczególnie jeśli pamiętamy klasyczny cykl Kronik: tam mimo bardzo wyraźnego rysu charakterologicznego czasem coś nas potrafiło zaskoczyć w Raistlinie czy Tasselhoffie. Tutaj tego nie ma: Tanis jest wiecznie rozdarty, Tika zakochana w Caramonie i zakompleksiona, Tasselhoff bardziej infantylny niż zwykle, Caramon bardziej niż kiedykolwiek zdominowany przez brata, a Raistlin… no właśnie, a Raistlin (przynajmniej w pierwszej części powieści) tak wyrachowany i cyniczny jak chyba w żadnej innej pozycji spod znaku Smoczej Lancy. Tu nie ma już miejsca na jakieś rozdarcie wewnętrzne i pewną niejednoznaczność, którą postać ta zaskarbiła sobie rzesze sympatyków. Jest to boleśnie odczuwalne szczególnie w momentach gdzie na pierwszy plan powieści wychodzą relacje bliźniaków: nie dość, że pojawiające się w praktycznie całym cyklu na wiele sposobów, to jeszcze tu przedstawione tak jednoznacznie jak nigdzie indziej. Rozpaczliwie słabego obrazu pierwszej części tej powieści dopełnia fabularne rozwiązanie podstawowego wątku księgi otwierającej Smoki krasnoludzkich podziemi – „Jak dostać się do Throbardinu?”, które mogłoby się ubiegać o nominację dla najbardziej bezsensownego deus ex machina w historii fantasy.

Na szczęście druga część potrafi nam poniekąd zrekompensować ból przebrnięcia przez pierwsze 250 stron. Przede wszystkim akcja przenosi się do krasnoludzkiego królestwa Thorbardinu, gdzie mamy okazję poznać meandry krasnoludzkiej polityki i odkryć kilka intrygujących konfliktów. Poza tym nacisk położony zostaje na postać Flinta Fireforge’a, krasnoluda, na którego barkach spoczęła odpowiedzialność nie tylko za los grupy uchodźców z Pax Tharkas, ale i za przyszłość całej, podzielonej i skonfliktowanej wewnętrznie rasy krasnoludów. Dodatkowo postacie poboczne nabierają trochę kolorytu (nie tylko Raistlin i Sturm, ale i nawet Tasselhoff!), a akcja nabiera tempa. Owszem, wciąż jest to proste w założeniach, heroiczne fantasy sprowadzające się koniec końców do tego, że po obejściu X pułapek i rozwiązaniu Y zagadek udaje się zdobyć potężny artefakt. Jest to jednak fantasy przyzwoicie pomyślane i dobrze napisane, co stanowi przyjemną odmianę po zapowiadającej kompletną katastrofę części pierwszej.

Smoki krasnoludzkich podziemi nie jest pozycją dla każdego. W zasadzie jedyną grupą odbiorców, jakiej mógłbym tą książkę polecić jest grono zatwardziałych fanów Smoczej Lancy, ale oni i tak po tą powieść sięgną. Czy ktoś jeszcze mógłby się pierwszym tomem Zaginonych Kronik zainteresować? Może Ci, którzy lata temu fascynowali się losami Drużyny Lancy i intrygują ich wciąż wydarzenia, które miały miejsce między Smokami jesiennego zmierzchu a Smokami zimowej nocy. Ale i oni muszą uzbroić się w ogromną dozę dystansu do tego co się czyta. Poza wypełnieniem luki fabularnej w oryginalnych Kronikach powieść ta nie ma bowiem zbyt wiele do zaoferowania. Mam wrażenie, że autorzy raczej wyrządzili lubianym bohaterom krzywdę spłycając ich, skupiając się na i tak już wyraźnych cechach ich charakterów. Szkoda, bo w sumie tak Kroniki jak i Legendy darzyłem sporym sentymentem, a po lekturze Smoków krasnoludzkich podziemi chyba już nie odważę się ponownie do nich wrócić. Po co się irytować…?

2/6

czwartek, 25 listopada 2010

Miasto i Miasto - China Miéville - recenzja z portalu Fantasta.pl

Bardzo cieszy mnie tendencja szybkiego wydawania w naszym kraju pozycji zdobywających uznanie na poletku ogólnoświatowej fantastyki. Jasne, zawsze można sobie sprawić wydanie anglojęzyczne, niestety zwykle sprowadzenie tego typu pozycji chwile trwa, a i ceny książek obcojęzycznych w kraju nad Wisłą zbyt zachęcające nie są (przynajmniej jeśli chodzi o zagraniczne nowości, które są na topie). W roku 2010 pozycjami, które zwróciły na siebie ogromną uwagę fantomu były: wydany już w Polsce (i zrecenzowany tak na łamach Fantasty, jak i na tym blogu) doskonały Palimpsest Catherynne M. Valente, The Windup Girl Paolo Bacigalupiego (polskie wydanie planowane jest na styczeń), a także kolejna powieść czołowej postaci brytyjskiej fantastyki Chiny Miéville’a zatytułowana Miasto i Miasto, która właśnie trafiła na księgarskie półki w naszym kraju. I tej właśnie pozycji postaram się poświęcić kilka słów.

Kilka miesięcy temu nie szczędziłem Brytyjczykowi pochwał przy okazji omawiania zbioru jego opowiadań zatytułowanego W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania. Zwracałem tam uwagę na bardzo umiejętne połączenie fantastycznej wyobraźni z popartą politycznym zacięciem inteligentną krytyką współczesnego społeczeństwa. Krótko mówiąc Miéville zaimponował mi swoistym socjologicznym zmysłem pozwalającym zwracać uwagę na intrygujące wycinki naszej rzeczywistości i wykorzystywać je jako źródło motywów dla swojej twórczości. Z drugiej strony autor ten wpisuje się w bardzo charakterystyczny nurt we współczesnej fantastyce (choć w zasadzie widoczny jest on także w literaturze głównego nurtu) stawiający w centrum opowieści motyw miasta. W przypadku opowiadań zawartych we W poszukiwaniu Jake’a… miastem tym był widziany na różne sposoby Londyn. Podobną fascynację miastem, jako specyficzną przestrzenią (tak społeczną, jak i fizyczną) można obserwować także choćby u wspomnianej już Valente, Jeffa Vandermeera, czy M. Johna Harrisona. W przypadku Miasta i Miasta Miéville popisuje się dodatkowo kapitalną umiejętnością mieszania gatunków i konwencji, tworząc wybuchową mieszankę wielu motywów.

Dla wielu czytelników pewnym zaskoczeniem może być fakt, że powieść Brytyjczyka jest zasadniczo niczym innym, jak czarnym kryminałem. Inspiracje pracami Raymonda Chandlera są tu wyraźnie widoczne. Miévillowskim odpowiednikiem Philipa Marlowe’a, głównego bohatera prowadzącego narrację jest inspektor Tyador Borlú, reprezentujący Brygadę Najpoważniejszych Zbrodni policzai miasta Besźel – stolicy małego kraiku położonego gdzieś w Europie Środkowej. Jeśli chodzi o fabułę to mamy tu do czynienia z absolutną klasyką gatunku, w bardzo dobrym wykonaniu. Śledztwo rozpoczynające się znalezieniem zwłok nieznanej kobiety, jak przystało na kryminał wciąga nas w wir spekulacji na temat tego kto, i dlaczego mógł dokonać tego czynu. Na drodze do rozwiązania tej zagadki okazuje się, że każdy strzępek informacji rodzi kolejne pytania, a droga do znalezienia rozwiązania jest niebezpieczna i wymaga wielu działań leżących w zdecydowanej sprzeczności z zasadami rutynowego postępowania policjanta, często mogących doprowadzić do międzynarodowego skandalu. Miéville w tym aspekcie specjalnie nie zaskakuje, oddając tu hołd klasyce gatunku. Jego bogata wyobraźnia i talent do ciekawych, oryginalnych obserwacji znajdują ujście gdzie indziej.

Punktem centralnym powieści staje się koncepcja splecionych ze sobą metropolii: Besźel i Ul Qomy. Dwóch miast, które pozornie dzielą tą samą przestrzeń, funkcjonują jednak jako odrębne organizmy: topograficznie, ekonomicznie, politycznie i społecznie. Pomysł jest niezwykle oryginalny i stanowi dla Brytyjczyka punkt wyjścia dla swobodnego operowania tym, co jest jednym z najsilniejszych punktów jego twórczości, a mianowicie prowadzenia błyskotliwych, politykujących obserwacji życia społecznego i ich komentowanie. Niuanse wzajemnych relacji „przeoczających się miast”: ich historii, polityki i kultury robią ogromne wrażenie bogactwem detali i zgrabnym wpisaniem je w realia znanego nam świata. Muszę przyznać, że poznawanie tego świata wciąga chyba jeszcze bardziej niż intrygująca fabuła Miasta i Miasta. Z drugiej strony Miéville używa motywu dwóch odrębnych miast dzielących tą samą przestrzeń jako metafory wzajemnych relacji różnych społeczności dzielących to samo terytorium, wplatając w tą rzeczywistość mnóstwo odwołujących się do tego motywu smaczków: jak choćby będąca doskonale prosperującym biznesem restauracja żydowsko-muzułmańska, czy też ciekawy portret radykalnych ruchów politycznych (których przecież sam autor także jest przedstawicielem). Wszystkie te socjologiczne obserwacje i komentarze podane są jednak w specyficzny sposób, nawiązujący trochę do wspominanego przez samego autora Franza Kafki, mi zaś przywodzący na myśl choćby Josepha Hellera. Machina społeczno-polityczna odseparowująca od siebie Besźel i Ul Qomę jest pełna paradoksów i absurdów, a groźba wkroczenia tajemniczej Przekroczeniówki jeszcze je wzmacnia. Miasto i Miasto ma jeszcze jeden wymiar, a mianowicie jest to swoisty portret zmitologizowanej przestrzeni miasta. Zmitologizowanej choćby przez fakt współdzielenia jej przez dwa odrębne organizmy, żyjące swoim własnym życiem i rytmem. Besźel i Ul Qoma są dla siebie równie oczywiste co niedostępne, równie bliskie co odległe. Efektem jest bogactwo onirycznych wręcz wizji sytuujących się na granicy tego co widzialne i niewidzialne i tego co dozwolone i zakazane. To co pozornie bliskie i znane, miejsca, ludzie, smaki i zapachy, okazują się być owiane nimbem tajemnicy i noszą swoiste piętno zakazanego owocu. Takie zmitologizowane pokazywanie przestrzeni miasta, odkrywanie jej na nowo rodzi skojarzenia z Brunonem Schulzem, którego twórczością Brytyjczyk wyraźnie się inspiruje, czego wyraz dał otwierając swą powieść cytatem ze Sklepów Cynamonowych.

Ten kapitalnie wykreowany świat zapełniają jednak postacie skonstruowane w dużo prostszy sposób. Borlú to typowy detektyw, twardy, zdeterminowany, skłonny złamać czasem pewne zasady w imię rozwiązania sprawy. Podobne wrażenie robią też jego odpowiednicy z Ul Qomy. Do tego mamy pełną paletę różnych warstw społeczeństwa Miasta i Miasta: polityków, radykałów, naukowców i studentów. Każda z tych grup została sportretowana w sposób bardzo obrazowy i plastyczny, choć muszę przyznać, że nie ma tu jakiś wyjątkowych „fajerwerków”, a żadna z drugoplanowych postaci specjalnie w pamięć nie zapada. Zgodnie z konwencją w centrum wydarzeń umiejscowiona jest postać detektywa prowadzącego śledztwo, a tu postać Tyadora Borlú sprawdza się świetnie.

Miasto i Miasto otrzymało w 2010 Nagrodę Hugo, Nagrodę Locusa i Nagrodę Arthura C. Clarke’a - to musi robić wrażenie. Czy jednak rzeczywiście jest to powieść tak fascynująca, jak można by oczekiwać po zdobywczyni tylu prestiżowych wyróżnień? No cóż, może w pewnych kwestiach China Miéville wykonał „zaledwie” solidną robotę, ale sam pomysł dwóch splecionych miast i wielowarstwowość tej powieści robią naprawdę bardzo duże wrażenie. Do tego sprawny język, oryginalne na gruncie fantastyki nawiązanie do nurtu czarnego kryminału i bogactwo społecznych komentarzy powodują, że Miasto i Miasto staje się w moich oczach jedną z najważniejszych pozycji tego roku na naszym rynku wydawniczym. Co prawda niektórzy czytelnicy mogą trochę tęsknić za większym politycznym zaangażowaniem, znanym z innych pozycji tegoż autora, ale uważnie czytając tę powieść można doszukać się całkiem sporej ilości krytycznego spoglądania na rzeczywistość. Jest ono tu po prostu mniej oczywiste, bardziej schowane. No cóż, wypada to tylko potraktować jako pretekst do tego, by cieszyć się tą powieścią dłużej, szukając różnych możliwości odczytania jej. Bo tego, że warto się z nią zapoznać nie muszę już chyba dodawać…

5,5/6

wtorek, 27 lipca 2010

W poszukiwaniu Jake'a i inne opowiadania - China Miéville - recenzja w wersji "uncut"

Zbiory opowiadań mają to do siebie, że zwykle poziom umieszczonych w nich tekstów jest dość zróżnicowany. Naprawdę niewiele bywa takich, w których nie pojawi się żaden słaby tekst. Dlatego na wybór krótkich form autorstwa jednego z najczęściej nagradzanych pisarzy ostatnich lat - Chiny Miéville’a, czekałem z wielkim zainteresowaniem. W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania to dwanaście opowiadań, jedna mikropowieść i jeden komiks. Motywem, który spina w całość wszystkie teksty jest miasto, w większości przypadków Londyn. Opowiadanie Jack zabiera zaś czytelnika do znanego np. z Dworca Perdido uniwersum Bas-Lag, a konkretnie do Nowego Crobuzon. Wychodzi więc na to, że jest to swoisty smaczek, który może przyciągnąć do tego zbioru miłośników sztandarowego cyklu tego autora.


Uczynienie z miasta klamry spinającej tematycznie teksty nie oznacza bynajmniej, że mamy do czynienia z przewodnikiem po topografii Londynu, lub też podręcznikiem architektury. Owszem, czasem fragmenty miejskiego krajobrazu postawione są na pierwszym planie (jak ulice w Doniesieniach o pewnych wypadkach w Londynie lub budynki w Fundamentach) , jednak punktem centralnym twórczości Miéville’a wydaje się być refleksja na temat współczesnego społeczeństwa, które miasta uczyniło swoją podstawową tkanką. Pokazując zurbanizowaną przestrzeń, która staje się w rożny sposób odmieniona, autor stara się snuć refleksje na temat tego jak bardzo człowiek staje się uzależniony od pewnych form bytowania w przestrzeni oswojonej na jedyny słuszny sposób. Zmiana w otoczeniu łączy się ze zmianą ludzkich zachowań, wywołuje niepokój, a czasem wręcz grozę. Wypaczone miasto powoduje wypaczenie społeczeństwa i zawieszenie reguł nim rządzących.


W wymienionych powyżej wątkach twórczości Brytyjczyka wyraźnie widać jego poglądy polityczne. Miéville jako przedstawiciel radykalnej lewicy, wyraźnie krytykuje konsumpcjonizm i korporacjonizm, obnaża absurdy liberalnej gospodarki (Dzień dziś wesoły), czy też obłudę wielkich korporacji (Koniec z głodem). Uważam, że jest to niesłychanie ożywczy, świeży powiew we współczesnej fantastyce. Szczególnie jeśli odniesiemy to do polskiego fandomu, gdzie zdecydowana większość pisarzy wprost deklaruje się jako zwolennicy prawej strony sceny politycznej prezentując pełne spektrum typowych dla niej postaw: od radykalnego antykomunizmu, przez rozbuchany narodowy konserwatyzm, na zapędach monarchistycznych kończąc. Ot, taki urok naszego rodzimego poletka. Obawiam się, że gdyby osoba pokroju Miéville'a próbowała tworzyć nad Wisłą szybko zostałaby przez środowisko zjedzona. Szczęśliwie jednak dla czytelników, twórczość trzykrotnego laureata Nagrody Arthura C. Clarke'a jest do naszego kraju bez przeszkód importowana i znajduje tu spore zainteresowanie.

Miéville w swoich opowiadaniach kapitalnie potrafi zbudować nastrój. Zwykle (choć nie zawsze) posługuje się narracją pierwszoosobową, co budzi skojarzenia z twórczością H.P.Lovecrafta. Tym bardziej, że klimat tajemnicy, grozy, czasem lekkiej paranoi jest tu niemal wszechobecny. Trudno powiedzieć, czy zawartość W poszukiwaniu Jake’a to bardziej urban fantasy, czy raczej dyskretnie serwowany horror. Styl Brytyjczyka to nie tylko wnikliwa obserwacja rzeczywistości i podszyte polityką uszczypliwe jej komentowanie. Składa się na niego także pióro zdolne budować fascynujące, plastyczne opisy, które powodują, że odrealniona rzeczywistość niemal staje czytelnikowi przed oczami. Język polskiego wydania tych opowiadań jest dość zróżnicowany, co jest poniekąd rezultatem faktu, że nad ich przekładem pracowało aż czterech tłumaczy. No cóż, od przybytku głowa nie boli…


Czy warto się ze zbiorem Miéville’a zapoznać? Z pewnością tak. Wyobraźnia tego autora jest wręcz niesłychana, a sprawne pióro, żywy, zadziorny język i polityczne podszyta krytyka współczesnego świata powodują, że płody tej wyobraźni przybierają fascynujące i wciągające literackie formy. Tu nie ma słabych tekstów, większość jest co najmniej bardzo dobra, kilka zaś jest wręcz doskonałych (Pokój kulek, Doniesienia o pewnych wypadkach w Londynie, Chowaniec, Łącznik, Koniec z głodem, Dziś dzień wesoły czy Jack). W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania to nie tylko pozycja dla miłośników uniwersum Bas-Lag, czy też tych, którzy poszukują tak rzadkiego towaru jakim jest lewicowa, społecznie zaangażowana fantastyka. Zbiór ten to przede wszystkim sporo świetnych pomysłów przelanych na papier za pomocą doskonałego pióra. O ile do niedawna miałem jeszcze pewne wątpliwości, tak obecnie już ich nie mam: nazywanie Chiny Miéville’a, trzykrotnego laureata Nagrody Arthura C. Clarke’a, jednym z najważniejszych współczesnych twórców fantastyki bynajmniej nie jest opinią na wyrost. On na nią w pełni zasługuje. Niedowiarkom polecam omawiany zbiór. Wszystkim innym zresztą też, bo jest to fantastyka na najwyższym poziomie.

5,5/6


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...