Muszę przyznać, że bardzo cieszy mnie obecność na naszym rynku serii takiej jak wydawane przez MAGa „Artefakty”. W jej ramach ukazują się bowiem liczne pozycje, które mimo zapisania się złotymi zgłoskami w historii światowej fantastyki nie doczekały się dotąd polskiego wydania. Znakomitym przykładem jest Człowiek, który spadł na Ziemię – klasyczna powieść Waltera Tevisa z 1963 roku, do tej pory kojarząca się nad Wisłą i Odrą przede wszystkim z kultową ekranizacją z 1976 (z debiutującym na srebrnym ekranie Davidem Bowiem w roli głównej).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontakt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontakt. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 27 lutego 2017
Człowiek, który spadł na Ziemię - Walter Teviss - recenzja z portalu Fantasta.pl
Muszę przyznać, że bardzo cieszy mnie obecność na naszym rynku serii takiej jak wydawane przez MAGa „Artefakty”. W jej ramach ukazują się bowiem liczne pozycje, które mimo zapisania się złotymi zgłoskami w historii światowej fantastyki nie doczekały się dotąd polskiego wydania. Znakomitym przykładem jest Człowiek, który spadł na Ziemię – klasyczna powieść Waltera Tevisa z 1963 roku, do tej pory kojarząca się nad Wisłą i Odrą przede wszystkim z kultową ekranizacją z 1976 (z debiutującym na srebrnym ekranie Davidem Bowiem w roli głównej).
Etykiety:
5/6,
Artefakty,
fantasta.pl,
klasyka,
kontakt,
MAG,
science-fiction,
Walter Tevis
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Piknik na skraju drogi - Arkadij i Borys Strugaccy - recenzja z portalu Fantasta.pl
Są takie powieści, wobec których trudno przejść
obojętnie, które poruszają i wywołują emocje bez względu na epokę czy
miejsce, w których powstały, które swym uniwersalnym przekazem skłaniają
do refleksji, ale też stają się wręcz zachętą do rozmaitych
interpretacji czy adaptacji. Na gruncie literackiej fantastyki do dzieł
tego typu bez wątpienia należy Piknik na skraju drogi Arkadija i Borysa Strugackich,
często uznawany za jedno ze szczytowych osiągnięć fantastów zza naszej
wschodniej granicy. Ta cieniutka, napisana w 1972 r. (choć historia jej
publikacji jest znacznie bardziej złożona, m.in. przez problemy z
radziecką cenzurą) książka stała się inspiracją dla filmów, gier
komputerowych i rozlicznych powieści oraz opowiadań, wśród których można
wymienić m.in. Nova swing M. Johna Harrisona, trylogię Southern Reach Jeffa VanderMeera czy wreszcie teksty osadzone w uniwersach S.T.A.L.K.E.Ra czy Metra 2033. W czym leży jej siła?
środa, 16 października 2013
Odyssey One: Rozgrywka w ciemno - Evan Currie - recenzja z portalu Fantasta.pl
Kiedy przyjrzeć się bliżej narodowościowej strukturze
wydawanej w Polsce fantastyki zagranicznej, bez trudu można dostrzec
przytłaczającą dominację autorów anglojęzycznych. Można by się w tym
momencie zastanowić, czy faktycznie literatura amerykańska, brytyjska
czy kanadyjska są na aż tak wysokim poziomie, że są w stanie zdominować
także mniejsze rynki regionalne, jak polski. Pomijając już nawet
zagadnienie kulturowego kontekstu, jest to kwestia mocno wątpliwa.
Działa tu po prostu reguła skali – anglosaski rynek fantastyki jest po
prostu ogromny. Co więcej, w dobie coraz bardziej powszechnego
self-publishingu czy możliwości publikowania i sprzedawania tekstów w
sieci bez udziału tradycyjnej „maszyny wydawniczej” staje się on
kilkakrotnie większy. Ogromna skala ma jednak także drugą, często
zapomnianą stronę – a ta nie jest już tak wspaniała. Wielka ilość
tekstów oznacza także wielką ilość tekstów co najwyżej przeciętnych,
wielka ilość tekstów wydawanych z pominięciem filtra, jakim zwykle są
wydawcy, redaktorzy i korektorzy, oznacza zaś horrendalną ilość tekstów,
które z perspektywy czytelnika nigdy nie powinny opuścić szuflady
autora, tudzież jego twardego dysku. Nie da się jednak ukryć, iż są
powody, dla których coraz większa ilość osób postanawia zaprezentować
swoją twórczość szerokiej publice. Zachęca do tego egalitarny, operujący
niskim wejściowym poziomem kompetencji kulturowych charakter Internetu,
dominuje tu swoisty ekshibicjonizm, pragnienie autoprezentacji za
wszelką cenę, wreszcie – co w kontekście tej recenzji najistotniejsze –
raz na jakiś czas trafia się autor-amator, który wydając książkę samemu
odniesie wymierny sukces. Jeśli nie artystyczny, to przynajmniej
finansowy. A to już jest bardzo konkretna motywacja, czyż nie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

