Kiedy przyjrzeć się bliżej narodowościowej strukturze
wydawanej w Polsce fantastyki zagranicznej, bez trudu można dostrzec
przytłaczającą dominację autorów anglojęzycznych. Można by się w tym
momencie zastanowić, czy faktycznie literatura amerykańska, brytyjska
czy kanadyjska są na aż tak wysokim poziomie, że są w stanie zdominować
także mniejsze rynki regionalne, jak polski. Pomijając już nawet
zagadnienie kulturowego kontekstu, jest to kwestia mocno wątpliwa.
Działa tu po prostu reguła skali – anglosaski rynek fantastyki jest po
prostu ogromny. Co więcej, w dobie coraz bardziej powszechnego
self-publishingu czy możliwości publikowania i sprzedawania tekstów w
sieci bez udziału tradycyjnej „maszyny wydawniczej” staje się on
kilkakrotnie większy. Ogromna skala ma jednak także drugą, często
zapomnianą stronę – a ta nie jest już tak wspaniała. Wielka ilość
tekstów oznacza także wielką ilość tekstów co najwyżej przeciętnych,
wielka ilość tekstów wydawanych z pominięciem filtra, jakim zwykle są
wydawcy, redaktorzy i korektorzy, oznacza zaś horrendalną ilość tekstów,
które z perspektywy czytelnika nigdy nie powinny opuścić szuflady
autora, tudzież jego twardego dysku. Nie da się jednak ukryć, iż są
powody, dla których coraz większa ilość osób postanawia zaprezentować
swoją twórczość szerokiej publice. Zachęca do tego egalitarny, operujący
niskim wejściowym poziomem kompetencji kulturowych charakter Internetu,
dominuje tu swoisty ekshibicjonizm, pragnienie autoprezentacji za
wszelką cenę, wreszcie – co w kontekście tej recenzji najistotniejsze –
raz na jakiś czas trafia się autor-amator, który wydając książkę samemu
odniesie wymierny sukces. Jeśli nie artystyczny, to przynajmniej
finansowy. A to już jest bardzo konkretna motywacja, czyż nie?
