Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka historyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 marca 2012

Nieśmiertelny - Caterynne M. Valente - recenzja

Zwykle jako miłośnik literatury lubię urozmaicać to, co w danym momencie czytam. Okazuje się zresztą, że nie bez przyczyny. Pozwala to zachować świeże spojrzenie, uniknąć usilnego poszukiwania utartych schematów, a co za tym idzie, jest najprostszym zabiegiem umożliwiającym odczytywanie kolejnych lektur z otwartym umysłem. Tak się jednak złożyło, że ostatnimi czasy obcowałem głównie z fantasy spod znaku Martina, Wegnera, Eriksona czy Jordana, przy okazji dość wyraźnie ograniczając ilość czytanych równolegle opowiadań. No i stało się – w momencie, gdy postanowiłem sięgnąć po prozę raczej artystyczną niż rozrywkową, przestawienie się okazało się wcale nie tak łatwe, a lektura wymagała więcej wysiłku i skupienia, niż się tego spodziewałem. Co nie znaczy, że nie była tego warta. Książką, o której mowa, jest bowiem najnowsza propozycja z serii Uczta Wyobraźni, Nieśmiertelny autorstwa Catherynne M. Valente.

piątek, 25 listopada 2011

www.1939.com.pl - Marcin Ciszewski - recenzja audiobooka

No i w końcu doszło do tego, że na bloga trafia pierwsza recenzja audiobooka. Recenzja, która wydaje mi się „dziwna” w dwójnasób.  Po pierwsze dlatego, że biorąc pod uwagę, iż dość często sięgam po tego typu formę obcowania z książką dziwnym jest fakt dotychczasowej nieobecności na blogu recenzji audiobooków. Z drugiej strony nigdy za bardzo nie miałem pomysłu jak takiego audiobooka oceniać. Zakładając, że jest to opracowanie pełnej wersji książki powstaje pytanie, czy skupić się na samej zawartości literackiej, czy też raczej zwrócić raczej uwagę na formę wydania i to, czy odbiór powieści w formie słuchowiska jest lekki, prosty i przyjemny. No bo właśnie temu w moim mniemaniu mają służyć takie książki audio – wygodnemu obcowaniu z tekstem w momencie, gdy warunki są niekoniecznie sprzyjające czytaniu wydania papierowego (ja osobiście zwykle korzystam z audiobooków w czasie sprzątania, zmywania, biegania po mieście i załatwiania jakichś spraw, lub choćby siedząc za kółkiem na dłuższych trasach – sprawdzają się kapitalnie). Żeby jednak nie przedłużać przejdę do rzeczy, próbując jakoś się z taką formą tekstu literackiego zmierzyć .

poniedziałek, 7 listopada 2011

Nadzieja czerwona jak śnieg - Andrzej W. Sawcki - recenzja z portalu Fantasta.pl

Jakiś czas temu kilkakrotnie wspomniałem o coraz wyraźniej widocznym w rodzimej fantastyce trendzie łączenia motywów charakterystycznych dla tej konwencji z beletrystyką historyczną. Wśród rodzimych fantastów historia stała się w pewnym sensie modna. Nie zmienia to faktu, że posłużenie się tego typu mieszanką wydaje się być bardzo atrakcyjne tak dla autorów, jak i dla czytelników. Z jednej bowiem strony pisarz ma sporą dowolność w kreowaniu wątków fantastycznych: począwszy od prostego, charakterystycznego dla historii alternatywnych, zabiegu zmiany biegu wydarzeń znanych z kart podręczników, po wprowadzanie mniej lub bardziej nadnaturalnych elementów czysto fantastycznych. Jest więc sporo przestrzeni na popuszczenie wodzy fantazji. Z drugiej jednak strony znika konieczność kreowania całej masy detali czy założeń świata przedstawianego, bo jest to rzeczywistość dostępna naszemu poznaniu. Wystarczy solidnie opracować bibliografię i uzyskujemy dostęp do całej masy drobnych elementów, które umiejętnie wykorzystane czynią dzieło literackie pełniejszym i ciekawszym. Ta formuła jest też interesująca z perspektywy odbiorcy. Jest to bowiem, jak by nie patrzeć, ciekawa forma obcowania z wiedzą historyczną, czasem wręcz własną tożsamością (np. narodową). Do tego dochodzi kiełkująca u niektórych czytelników pokusa weryfikacji tego, na ile autorska prezentacja rzeczywistości historycznej pokrywa się z tą prezentowaną przez zawodowców i… mamy dobry, atrakcyjny produkt. Tym bardziej, że, jak już zaznaczyłem, współczesna popkultura sięga po historię bardzo chętnie. Jeśli zatem tylko dopiszą pomysły, a warsztat autora jest na poziomie – sukces niemal murowany. No właśnie, niemal…

środa, 6 lipca 2011

Obłęd rotmistrza Von Egern - Szczepan Twardoch - recenzja z portalu Fantasta.pl

Szczepan Twardoch jest pisarzem, który za sprawą Wiecznego Grunwaldu wyrósł na jedną z czołowych postaci rodzimego światka literatury około fantastycznej. Rozmach, pomysł i styl wspomnianej powieści robią ogromne wrażenie, tym bardziej, że podejmuje ona problemy trudne i ważne. Chcąc zapoznać się lepiej z twórczością śląskiego pisarza, sięgnąłem po jego debiutancki zbiór opowiadań zatytułowany Obłęd rotmistrza Von Egern. Choć nie liczyłem na to, że wczesne teksty Twardocha zrobią na mnie równie oszałamiające wrażenie, co jego ostatnia pełnowymiarowa powieść, moje oczekiwania były jednak niemałe. I już na wstępie muszę przyznać, że na zawartości tego zbiorku się nie zawiodłem.

wtorek, 5 lipca 2011

Charakternik - Jacek Piekara - recenzja z portalu Fantasta.pl

Zacznijmy od pewnego uproszczenia: autorów (także fantastyki) można podzielić na takich, którzy zapisali się w pamięci czytelników jakimś jednym cyklem, światem lub bohaterem i na takich, którym takiego jednoznacznego skojarzenia udało się uniknąć. To nie jest bynajmniej wartościowanie, przecież to nic złego, że np. Martin kojarzy nam się z Pieśnią Ognia i Lodu, Herbert z Diuną a Howard z Conanem. Te dzieła ukształtowały wizerunek pisarza i często stanowią kwintesencję jego stylu. A że pisali też inne rzeczy? No cóż, znani są z czego innego… Na rodzimym poletku o podobne skojarzenia także nietrudno. Mamy więc choćby Sapkowskiego z Wiedźminem (i ew. Reynevanem), Piekarę z cyklem inkwizytorskim, Pilipiuka z Jakubem Wędrowyczem czy Kossakowską z cyklem anielskim. Przykłady można mnożyć. Czasem jednak jest tak, że pisarz silnie identyfikowany z jedną postacią lub cyklem próbuje sięgnąć w nowe dla siebie rejony. Przyczyny mogą być wielorakie… takież same mogą być też rezultaty. Czasem wychodzi lepiej, czasem gorzej. Przykładem takiego eksplorowania nowych terytoriów może być powieść Charakternik wspomnianego już wcześniej Jacka Piekary.

środa, 16 marca 2011

Banita - Jacek Komuda - recenzja

Jakiś czas temu, przy okazji recenzowani Krzyżackiej zawieruchy, stwierdziłem, że Jacek Komuda należy do moich ulubionych pisarzy i jestem w stanie "łyknąć" praktycznie wszystko, co wyjdzie spod jego pióra. Wspomniana już książka była dla mnie lekkim rozczarowaniem (choć wprowadzała pewien świeży, aczkolwiek koniunkturalny, powiew w stworzoną przez autora konwencję), sporo lepsze wrażenie zrobiła na mnie lektura drugiego tomu Samozwańca. Literacki rok 2010 Komuda otworzył jednak jeszcze inną powieścią - Banitą (swoją drogą, trzy powieści w roku to ilość, która robi wrażenie). Po raz kolejny możemy spotkać stolnikowca sanockiego - Jacka Dydyńskiego, sztandarową postać tegoż autora. Tym razem jednak poznajemy go z trochę innej strony, może bardziej emocjonalnej niż dotąd.

czwartek, 24 lutego 2011

Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów - Szczepan Twardoch - recenzja

Jakiś czas temu wspominałem o rosnącej popularności prozy sytuującej się na przecięciu literatury historycznej z fantastyką. Na naszym rodzimym rynku czołowymi nazwiskami tego nurtu zdają się być Jacek Komuda, Dariusz Domagalski, Marcin Mortka czy Robert Foryś. Zwykle literatura tego typu, to po prostu dobrze napisana, przygodowa fabuła osadzona w realiach znanych z kart podręczników historii, czasem jeszcze zaprawiona elementami nadprzyrodzonymi. Nie da się ukryć, że przygotowane wedle tej receptury utwory znajdują sporą ilość amatorów.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Gniewny pomruk burzy - Dariusz Domagalski - recenzja

Napisanie powieści, w której wątki fantastyczne łączą się w jakiś sposób z historią proste nie jest. Owszem, tego typu konwencja jest niezwykle popularna i znajduje spore zainteresowanie tak wśród twórców jak i czytelników. Sama jednak ilość tego typu dzieł nie świadczy o ich jakości. Problematyczne bywa bowiem znalezienie właściwych proporcji miedzy fantastyką a historią, takie pokazanie wydarzeń historycznych, żeby nie zdominowały stworzonej przez autora fabuły. Z tego typu problemami z pewnością zmierzył się Dariusz Domagalski pisząc trzeci tom swojego krzyżackiego cyklu noszący tytuł Gniewny pomruk burzy. Wydarzenia pierwszych dwóch odsłon trylogii znalazły bowiem swój finał wśród doniosłych momentów znanych z kart podręczników historii, z bitwą pod Grunwaldem na czele. A to, szczególnie dla Polaków, historia, która może przysłonić w zasadzie każdą fabułę i każdy pomysł.

Można się oburzać, irytować czy bagatelizować problem, ale fakty są takie, że Grunwald pozostaje jednym z najważniejszych symboli polskiej państwowości. Jest to bitwa-symbol, która znajduje się w centrum publicznej uwagi, choćby ze względu na głośne obchody jej 600-lecia. Domagalski czyni ze zmagań na polach Grunwaldu centralny punkt swojej najnowszej powieści. Centralny, to nie znaczy finalny, ani bynajmniej cokolwiek rozstrzygający. To wielki plus tej powieści, albowiem przewijające się przez wcześniejsze odsłony cyklu wzmianki o ostatecznej konfrontacji pomiędzy reprezentującymi potęgę prawej i lewej strony kabalistycznego Drzewa Życia - siłami Unii Polsko-Litewskiej a armią zebraną pod sztandarem krzyżackim, mogłyby sugerować, że to właśnie ta bitwa niejako zamknie fabułę cyklu. Szczęśliwie dla Czytelnika trójmiejski pisarz pozostawia wiele wątków otwartych i równie ważnymi elementami w grze ponadnaturalnych sił stają się późniejsze wydarzenia takie jak oblężenie Malborka, czy bitwa pod Koronowem. Za to należą się Domagalskiemu słowa uznania. Cała historia zbudowana wokół Przebudzonych walczących o równowagę (bądź dominację) na Drzewie Życia poprowadzona jest zgrabnie i ciekawie (wreszcie na miarę potencjału leżącego w tym pomyśle), choć zostaje trochę przysłonięta przez wydarzenia historyczne.

Trzeba uczciwie przyznać, że historia na dalszy plan zepchnęła samą fabułę. Dagoberta z Saint-Amand i Aine jakby znów tu trochę mniej, a i sama akcja bynajmniej nie toczy się wokół nich. Mamy za to mnóstwo ważnych wydarzeń historycznych przedstawionych z perspektywy autora. Nawiązanie do tradycji powieści historycznej opiewającej w fabularyzowany sposób kluczowe w historii Polski wydarzenia? Ano tak. I to nawiązanie, które spuściźnie np. Bunscha wstydu nie przynosi. Mamy więc długi opis bitwy pod Grunwaldem, obfitujący w oddane z detalami kluczowe sceny (wyzwanie do walki, msze, upadek i odbicie polskiej chorągwi, śmierć Ulryka von Jungingena, atak na Jagiełłę itp.), późniejsze oblężenie Malborka czy starcie pod Koronowem. No i wszystko pięknie. Tyle, że samej, będącej autorskim pomysłem akcji jest już sporo mniej.

Nie wolno zapominać, że Gniewny pomruk burzy jest wciąż, mimo solidnej dawki historii, powieścią fantastyczną. Wątek kabalistycznego konfliktu między sefirami tworzącymi Drzewo Życia (mistyczny organizm odpowiadający całości bytu, złożony z sefir – emanacji stwórcy) rozwinięty jest naprawdę bardzo ciekawie. Przyznaję, spodziewałem się dość banalnego zakończenia w postaci zwycięstwa sił prawej strony Drzewa, której w naszym świecie odpowiadał sojusz polsko-litewski. W to miejsce dostałem trochę rozważań na temat równowagi i misji jaką tak naprawdę Przebudzeni mają do spełnienia. To dodało postaciom rumieńców i stworzyło okazję do pozostawienia całemu cyklowi stosunkowo otwartego zakończenia. Wygląda na to, że już niedługo dostaniemy do ręki zbiór opowiadań osadzonych w średniowieczu opisanym ręką Dariusza Domagalskiego. I muszę przyznać, że cieszy mnie to niezmiernie .

Przy okazji omawiania poprzednich dwóch tomów krzyżackiego cyklu, trochę narzekałem na spowodowaną jasnym podziałem na "tych dobrych" i "tych złych" sztuczność postaci. Wydawały mi się one trochę przesadzone, teatralne, papierowe, albo wręcz zbyt oczywiste. W wielkim skrócie: nic przesadnie ciekawego. Gniewny pomruk burzy stanowi kolejny krok ku pokolorowaniu tych czarno-białych konturów. Dagobert ma swoje chwile słabości, gdzie zupełnie ignoruje swój obowiązek względem sefiry, której służy, Jagiełło bywa totalnie zagubiony, albo wręcz zaślepiony, a sporej ilości polskich rycerzy w głowie tylko łupy, dziewki i zaszczyty. Zdarza się nawet jakieś mordowanie jeńców. Widać zatem wyraźnie, że toporność z początków cyklu, przynajmniej w przypadku strony polskiej odeszła gdzieś w dal, co bardzo cieszy. W przypadku strony zakonnej… no cóż, recenzencka uczciwość wymaga bym zauważył, że istotnie, pojawia się krzyżak, który ma wątpliwości i zauważa spaczenie światła Binah (Jan von Vende) co stanowi spory postęp w stosunku do konsekwentnie dotąd przestrzeganej konwencji pokazywania strony zakonnej jako jednoznacznie złej, antypatycznej bandy szaleńców, sodomitów i brutali. Jedna jaskółka wiosny jednak nie czyni i wciąż nie można mieć wątpliwości co do tego, kto u Domagalskiego jest protagonistą, a kto antagonistą. Rozumiem jednak, że takie a nie inne przedstawienie stron konfliktu należy do decyzji, które autor musi podjąć.

Gniewny pomruk burzy to książka, po którą z pewnością sięgną ci, którzy zapoznali się z wcześniejszymi tomami cyklu. Zresztą w ogóle mam wrażenie, że na trylogię pióra trójmiejskiego pisarza należy patrzeć jako na całość. Mamy bowiem do czynienia z trzema, wyraźnie różnymi od siebie książkami. Delikatne uderzenie pioruna to przede wszystkim wprowadzenie do fantastycznego świata i prezentacja bohaterów - choć dobre to jednak najsłabsze w cyklu. Aksamitny dotyk nocy przedstawiał z kolei bezwzględną walkę wywiadów, zostawiając autorowi sporo miejsca na różnorakie intrygi i ciekawą fabułę. W rezultacie otrzymaliśmy najsilniejszy punkt trylogii. Na tym tle Gniewny pomruk burzy prezentuje się całkiem nieźle. Choć fabułę zdominowały tu epicko oddane wydarzenia historyczne, zręczne wplecenie w nie bohaterów cyklu owocuje bardzo przyjemną lekturą. Moim zdaniem warto zapoznać się z twórczością Dariusza Domagalskiego choćby dlatego, że miał (a w zasadzie wciąż ma) pomysł na "swoje" późne średniowiecze. Widać w tych powieściach pasję i sporą wiedzę. A że mają pewne niedostatki... No cóż, 99,9% tego co czytamy ma jakieś braki. Ja w każdym razie na kolejne jego teksty czekam niecierpliwie.

4/6

Więcej o książce, oczywiście w bazie danych serwisu Fantasta.pl

niedziela, 1 sierpnia 2010

Aksamitny dotyk nocy - Dariusz Domagalski - recenzja

Choć pierwszy tom cyklu autorstwa Dariusza Domagalskiego - Delikatne uderzenie pioruna miał pewne wady, to fantastyczna wizja konfliktu Unii Polski i Litwy z Zakonem Krzyżackim wydała mi się na tyle intrygująca, że sięgnąłem po kolejną część trylogii - Aksamitny dotyk nocy. Jest to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń opisanych w debiutanckiej powieści trójmiejskiego pisarza. Znów spotykamy Dagoberta z Saint-Amand, jego wybrankę – Aine, a także znamienite postacie historyczne z królem Władysławem Jagiełłą, Ulrykiem von Jungingenem i księciem Witoldem na czele. Ponadto cała plejada rycerzy, dam, rzezimieszków i szpiegów pozwala nam wniknąć w głąb świata wielkiej polityki początków XV stulecia.


Wspomnienie o szpiegach pojawiło się nieprzypadkowo. Aksamitny dotyk nocy jest powieścią przede wszystkim skupiająca się na grze wywiadów i dworskiej polityce w przededniu nieuchronnego, wielkiego konfliktu zbrojnego. Oczywiście, wciąż sporo miejsca poświęca Domagalski na rozwój ponadnaturalnej warstwy tej powieści: epickim zmaganiom Sefir, emanacji stwórcy, a także Przebudzonych, ich ziemskich wysłanników. Jednak to kabalistyczne tło, które zostało całkiem nieźle naszkicowane w tomie pierwszym krzyżackiego cyklu, tutaj zostaje nieco odsunięte w tył. Górę biorą intrygi i gra wywiadów, które autor oddaje w sposób przemyślany i przekonujący. Należą się tu Domagalskiemu szczere brawa. Często bowiem się zdarza, że literackie przedstawienia tego rodzaju konfrontacji przekładają się na uproszczenie postaci, czynią je nieautentycznymi lub banalnymi. O ile w recenzji debiutu zarzucałem autorowi zbytnie spłycenie bohaterów (spowodowane jasnym i czytelnym usytuowaniem ich po męskiej lub żeńskiej stronie Drzewa Życia), o tyle tu ten jasny i klarowny podział nieco się zamazuje wprowadzając sporo życia i dodając trochę autentyczności wcześniej banalnym bohaterom. Co prawda wciąż jasno widać kto jest protagonistą, a kto antagonistą, jednak warto zauważyć, że przedstawicielom strony polsko-litewskiej przybyło trochę rumieńców. Mają swoje chwile słabości, dylematy i problemy, choć koniec końców i tak okazują się być przykładnymi rycerzami, czy damami. A "ci źli"? Oni wciąż pozostają jednoznacznie negatywni, w tej kwestii nic w stosunku do Delikatnego uderzenia pioruna się nie zmieniło. Trochę szkoda, ale cóż... nie można mieć wszystkiego.


Da się odczuć jakościową różnicę między dwoma pierwszymi odsłonami krzyżackiego cyklu. Styl Domagalskiego okrzepł. Wyraźnie widać powtarzalność pewnych schematów (retrospekcje kursywą, częste wstawki przedstawiające przyszłe losy trzecio- czy wręcz czwartoplanowych postaci itp.), trochę bardziej dopracowany język i co bardzo ważne, sprawne przeplatanie i łączenie poszczególnych wątków powieści. Polityczno-szpiegowska fabuła wciąga i nie pozwala się łatwo oderwać od lektury. Ogromną zaletą Aksamitnego dotyku nocy jest także to co było silną stronę poprzedniczki tej powieści, czyli znakomita prezentacja historycznego tła. Osoby, wydarzenia, miejsca i sceny rodzajowe z epoki ponownie stanowią świadectwo sporej wiedzy autora i doskonale budują klimat powieści. W stosunku do pierwszego tomu krzyżackiego cyklu poszerzone i dopracowane zostały także przypisy, co ułatwia czytelnikowi zanurzenie się w średniowiecznym świecie i uprzyjemnia lekturę.


Aksamitny dotyk nocy jest książką znacznie od swojej poprzedniczki lepszą. Trochę inne rozłożenie akcentów, lekkie "schowanie" wątku fantastycznego na rzecz intryganckiej fabuły, a także dodanie nieco kolorytu bohaterom, spowodowały, że druga powieść Dariusza Domagalskiego ma szansę przysporzyć cyklowi nowych zwolenników. Tym bardziej, że tematyka okołokrzyżacka jest ostatnio bardzo popularna i znajduje szerokie grono zainteresowanych. Po takiej dawce napięcia jaką autor zafundował swym czytelnikom w Aksamitnym dotyku nocy, zwieńczenie całej historii, czyli powieść zatytułowana Gniewny pomruk burzy musi sprostać niemałym oczekiwaniom. Jeśli skok jakościowy między tomem drugim a trzecim będzie taki jak ten, który miał miejsce miedzy między debiutem autora a tegoż debiutu kontynuacją, możemy spodziewać się hitu!

5/6

niedziela, 25 lipca 2010

Delikatne uderzenie pioruna - Dariusz Domagalski - recenzja

Fantastyka, jak każdy inny gatunek literatury, chętnie posługuje się pewnymi konwencjami. Jedną z takich, popularnych wśród pisarzy-fantastów, konwencji jest powieść historyczna z mniej lub bardziej widocznymi wątkami nadprzyrodzonymi. Na rodzimym poletku parali się nią tacy autorzy jak choćby Jacek Komuda, Andrzej Sapkowski, Marcin Mortka czy Rafał Dębski. Do tej listy można dołączyć jeszcze nazwisko Dariusza Domagalskiego, który zadebiutował w roku 2009 powieścią Delikatne uderzenie pioruna.

Autor zabiera nas w podróż do roku 1409 w świat politycznych gier między Polską, Litwą, Żmudzią i Zakonem Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie… zwanym u nas powszechnie Krzyżakami. Domagalski dodaje do tych rozgrywek jeszcze jeden element: kabałę. Okazuje się bowiem, że za starciem sił w naszym świecie stoją potężne moce spoza niego. Emanacje Boga - dziesięć Sefir, pogrążone są w konflikcie. Posyłają do naszego świata Przebudzonych, którzy mają pomóc w jego rozstrzygnięciu. Wśród nich, tyle, że po przeciwnych stronach znajdują się między innymi Władysław Jagiełło, Witold, czy Ulryk von Jungingen. Takim Przebudzonym jest też główny bohater Delikatnego uderzenia pioruna, Burgundczyk, Dagobert z Saint-Amand, będący w służbie Sefiry Netzach.

Domagalski przyjmuje prosty podział na "dobrych" Polaków i Litwinów, służących prawej, męskiej stronie Drzewa Życia, będącego wzorem budowy świata (a zarazem wzorem samego stwórcy) i "złych" Krzyżaków, czyli sługi lewej, żeńskiej strony tegoż Drzewa. Niestety ma to swoje niezbyt fortunne konsekwencje w postaci papierowych bohaterów. Owszem, mają swoje dylematy, skłonności i namiętności, jednak przede wszystkim pozostają oni sługami Sefir, swoistymi wykonawcami ich woli. Krzyżacy są zatem trochę topornie antypatyczni, zaś stronnicy Polaków, czy Żmudzinów prawi i dzielni w sposób momentami wręcz banalny. O ile zatem sam pomysł na naszkicowanie nadprzyrodzonego tła dla wielkiego dziejowego konfliktu jest kapitalny, o tyle jego przelanie na papier jest już trochę gorsze (choć zdaję sobie sprawę, że może to być też rezultat przyjętej konwencji, o czym autor kilkakrotnie wspominał w dyskusjach na forach internetowych).

Akcja powieści jest nieco rwana. Mamy momenty, w których wydarzenia toczą się zbyt powoli, mamy też takie, gdzie ich bieg nabiera sporego tempa. Ponadto pojawiają się wplecione retrospekcje. Całość, niestety, ponownie wywołuje pewien niedosyt, szczególnie jeśli chodzi o przedstawienie losów głównych bohaterów. Nadanie całemu konfliktowi epickich rozmiarów, tak samo jak epickie mogą być konsekwencje działań Przebudzonych w naszym świecie, powoduje, że Domagalski poświęca sporo uwagi wydarzeniom historycznym, które de facto tworzą szerokie, fabularne tło dla akcji. I, o dziwo, jest to jeden z mocniejszych aspektów Delikatnego uderzenia pioruna! Składają się na to doskonałe przygotowanie faktograficzne, ogromna ilość historycznych postaci i spory talent w oddaniu klimatu średniowiecza. Nie jestem tylko pewien, czy to o takie rozłożenie akcentów autorowi faktycznie chodziło.

Debiutancka powieść Dariusza Domagalskiego arcydziełem nie jest. Bardzo ciekawy pomysł stracił sporo na trochę słabszym wykonaniu. Bohaterowie są nieco zbyt sztuczni i oczywiści, dialogi czasem wydają się trochę nienaturalne, zaś sceny miłosnych uniesień w pewnym momencie wręcz irytują. Te niedociągnięcia można jednak złożyć na karb debiutu. Z drugiej bowiem strony przyglądanie się konfliktowi Polski i Litwy z Zakonem Krzyżackim niejako "od środka" naprawdę wciąga. A w tym strona "fantastyczna" tej powieści ani nie pomaga, ani nie przeszkadza. Co więcej, odnoszę wrażenie, że sporo intrygujących wątków (także tych "fantastycznych") może nabrać pełnego kolorytu w drugim tomie trylogii - "Aksamitnym dotyku nocy", tym bardziej, że autor miał czas na wyciągnięcie wniosków z niedociągnięć debiutu. Dariusz Domagalski potencjał ma całkiem spory. Na ile zostanie on wykorzystany? No cóż, pokaże to tom drugi jego krzyżackiej trylogii.

3,5/6

Więcej o książce TU

czwartek, 22 lipca 2010

Krzyżacka zawierucha - Jacek Komuda - recenzja


Jestem lojalnym czytelnikiem. Mocna deklaracja, prawda? Ale prawdziwa, więc chyba mogę sobie na nią pozwolić bez zbędnego owijania w bawełnę. Tak to już jakoś jest, że jeśli jakiś autor utrafi w moje gusta to jestem w stanie pochłonąć w zasadzie każdą rzecz, którą spłodzi. Co więcej, bez względu na jej realne walory pewnie będzie mi się ona podobać. Nie inaczej jest w przypadku twórczości naczelnego szlachcica polskiej literatury, imć Jacka Komudy. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko ukazała się jego najnowsza powieść, Krzyżacka zawierucha, pospiesznie udałem się do księgarni celem jej nabycia. A potem ją oczywiście przeczytałem. W tym miejscu wypada zatem podzielić się wrażeniami z tejże lektury.
Najnowsze dzieło pisarza pieczętującego się herbem Kościesza zapowiadało się wielce intrygująco. Po raz kolejny bowiem autor odszedł od ukochanej przez siebie konwencji XVII-wiecznej przenosząc akcję do połowy wieku XV. Scenerią powieści są tereny Państwa Zakonnego w trakcie wojny Trzynastoletniej. W rolach głownych zamiast husarii występują więc polscy rycerze, no i oczywiście krzyżacy. Nie przeczę, dość to koniunkturalne, biorąc pod uwagę 600-lecie Bitwy pod Grunwaldem i fakt, że niemal wszystko odnoszące się do smutnych panów w białych płaszczach sprzedaje się ostatnimi czasy jak świeże bułeczki. Z drugiej jednak strony, skoro na poletku literatury fantastyczno-historycznej temat mogli podjąć tacy panowie jak Domagalski, czy Twardoch, to i Komuda może coś od siebie dodać i z pewnością nikomu na tym nie ubędzie. Tym bardziej, że robi to po swojemu, dość przekornie, ale zarazem barwnie.
Ta komudowska przekora, którą dostrzec można było choćby w Bohunie, gdzie opisując szczytowy moment potęgi Rzeczypospolitej za centralny punkt akcji obiera autor klęskę polskich wojsk pod Batohem, widoczna jest także i w Krzyżackiej zawierusze. Także i tutaj punktem wyjścia dla akcji staje się bitwa… i także i tutaj jest to bitwa przez Polaków sromotnie przegrana. To właśnie od wydarzeń na polach pod Chojnicami w 1454 zaczyna Komuda snuć swą opowieść. I niech nikt nie ma wątpliwości co do jednej rzeczy: mimo, iż sceneria jak na tego autora jest nietypowa, sama powieść to typowy przykład jego stylu. Mamy tu więc żywy, często dosadny język, wartką akcję i bohaterów, którym daleko do jednoznaczności. Świat opisany w najnowszym dziele autora Samozwańca jest… szary. I to w tym pozytywnym sensie. Tu raczej nie ma miejsca na czerń i biel, jest za to mnóstwo odcieni wspomnianej szarości.
Typowe dla Komudy jest też podjecie wątku honoru polskiego szlachcica. Główny bohater, Bolko z Rożnowa, wnuk słynnego Zawiszy Czarnego to postać intrygująca. Wychowany wśród szczytnych ideałów i chwalebnej historii swoich przodków zostaje wrzucony w brutalny świat intryg i walkę wywiadów. Postawione są więc pytania o honor i lojalność. To ważne elementy komudowskiego stylu i bardzo ciekawie są podjęte i w tej powieści. Krzyżacka zawierucha ma jednak jeszcze jednego głównego bohatera. Jest nim kończąca się epoka. Średniowiecze, ze swoimi ideałami i etosem rycerskim odchodzi w dal. Nie liczy się już honor i dworność, a raczej skuteczność i bezwzględność. Bardzo mocno wypada tu jedna z ostatnich scen powieści gdzie Bolko odrzuca zbroję i miecz i dokonuje rzezi swych wrogów za pomocą szabli. Symbolika tego momentu robi ogromne wrażenie i jest chyba też swoistym ukłonem Komudy w kierunku stałych odbiorców jego twórczości osadzonej w XVII wieku.
Krzyżacka zawierucha ma jednak kilka wad. Po pierwsze, niewielka objętość powoduje, że akcja momentami wydaje się niedostatecznie przedstawiona. Czasem ma się wrażenie stosowania prostych rozwiązań, typu deus ex machina, które… no cóż, niezbyt przekonują. Poza tym, jest to powieść dla tego autora mocno typowa, posługująca się bardzo podobnym schematem co inne jego większe formy. Młody, pełen ideałów bohater zostaje wplątany w rozgrywkę między potężnymi stronnictwami, co wystawia na próbę jego zasady, honor itp. A wszystko to okraszone sporą ilością akcji, pojedynków i ucieczek. 100% Komudy w Komudzie. Jeśli komuś ta forma odpowiada i się nią nie znudził, będzie z lektury Krzyżackiej zawieruchy zadowolony. Ten, komu się ta forma trochę przejadła może sobie tę książkę odpuścić. Ja sam przy lekturze bawiłem całkiem nieźle. Sporo frajdy sprawiły mi opisy Malborka, który dosłownie tydzień wcześniej zwiedzałem. A poza tym, jak już zaznaczyłem na początku, jestem lojalnym czytelnikiem. Rewelacji zatem nie ma, ale podobać mi się podobało.
4/6

środa, 24 lutego 2010

Opowieści z Dzikich Pól - Jacek Komuda - recenzja


Czas temu jakiś zainteresowałem się twórczością naczelnego szlachcica RP, Sienkiewicza naszych czasów, imć Jacka Komudy. Błyskawicznie poszło mi czytanie Samozwańca (t.1), Bohuna, Wilczego gniazda czy Diabła Łańcuckiego. Czuć w tych powieściach nie tylko świetny warsztat, ciekawe pomysły i ogromną wiedzę o XVII-wiecznej Rzeczpospolitej, ale też wielką pasję dla epoki i tego, często obecnie zapominanego, dziedzictwa wyjątkowej polskiej historii. Historii niepowtarzalnej na tle całej Europy. Tym razem w ręce wpadł mi zbiór opowiadań pt. Opowieści z Dzikich Pól.
Mój egzemplarz jest już trzecim wydaniem opatrzonym tym tytułem. Lubelska Fabryka Słów, przygotowując drugie wydanie (w 2004) zmieniła jednak co nieco zawartość w stosunku do pierwotnego wydania (wyd. Alfa) z 1999. Trzy opowiadania wypadły (jedno z nich, Trzech do podziału, można przeczytać w listopadowym numerze Science Fiction, Fantasy i Horror), na ich miejsce pojawiły się dwa inne (choć podobno Pan Kunicki to po prostu przeredagowany Pan Niewiarowski z pierwszego wydania), a wszystko to zostało zaserwowane w trochę innej kolejności. Ozdobą książki są też klimatyczne ilustracje wieloletniego współpracownika Komudy, znanego m.in. z Magii i miecza Huberta Czajkowskiego. W sumie otrzymujemy do ręki ładnie wydane 320 stron w „fabrycznym” formacie, czyli z dość dużą czcionką, na dobrym papierze, opatrzone podobną szatą graficzną jak w przypadku wszystkich reedycji książek tego autora opublikowanych ostatnio przez jego lubelskiego wydawcę. Czas zagłębić się w treść!
Siedem opowiadań, jakie składają się na Opowieści… czyta się błyskawicznie. Styl Komudy jest niezwykle charakterystyczny i potrafi wciągnąć bez reszty w świat Polski Szlacheckiej. Wrażenie jest więc bardzo dobre. Wszystkie z opowiadań utrzymane są w konwencji horroru. Nie zawsze jest to jednak typowy horror nadnaturalny, sprowadzający się do wprowadzenia ożywieńców, czy np. diabła Boruty (kreacja którego udała się autorowi Dzikich Pól kapitalnie, przez co chętnie po ta postać sięga. Szkoda tylko, że opowiadanie Trzech do podziału z tej wersji zbioru wypadło. Tam postać Boruty rozwija skrzydła w pełni). W wielu przypadkach groza wynika z trudnego położenia głównego bohatera, lub też z wyjątkowej, przerażającej sytuacji (vide motyw głodujących podczas oblężenia Kremla Polaków w kapitalnym Veto). Pojawiają się tu też postacie znane z innych prac Komudy: Sieneński, czy Dydyński. Co prawda, gdyby próbować ujednoznacznić historię tego drugiego na podstawie wszystkich utworów, w których się pojawia, znalazło by się niemało sprzeczności, jednak na samą konstrukcję poszczególnych utworów raczej nie ma to wpływu. Ogólnie rzecz biorąc jest barwnie i ciekawie.
Komuda pokazuje niemały talent do kreowania różnorodnych scenerii. Zróżnicowane są też fabuły. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że wszyscy wykreowani przez autora bohaterowie są podobni. Honorowi, doskonali w szabli, czasem wątpiący, mający jednak swoje zasady. Jest to pewna wada, gdyż czytelnik ma czasem wrażenie, że w kółko czyta o tej samej postaci (i nawet bohater opowiadania Pan Kunicki nie jest tu wyjątkiem). Poza tym brakowało mi trochę tego co w powieściach autora Samozwańca jest wyjątkowe: dokładnego, wciągającego opisu świata. Postacie poboczne są często potraktowane zdawkowo. Owszem, pojawiają się liczne opisy walk, czasem ubioru czy scenerii. Świat Polski Szlacheckiej odmalowany jest pięknie.. ale w sumie trochę płytko. W Opowieściach z Dzikich Pól, pewnie ze względu na krótkie formy, Komuda nie może tak często zabłysnąć ciekawą anegdotą, rozbudowanym opisem scenerii (też tej społecznej), czy jakąś historyczną dygresją. Lubię to w jego powieściach, a tu mi tych elementów brakuje. Mimo wspomnianych wad trzeba przyznać, że znajdującym się w omawianym zbiorze opowiadaniom nie brakuje klimatu. Może mniej jest tu grozy, a więcej historii, jednak bynajmniej nie jest to wada. Raczej dowód na to, że w konwencji ufantastycznionej prozy historycznej (takie określenie wydaje mi się w stosunku do twórczości Komudy właściwsze niż „osadzona w realiach historycznych fantastyka”) można opowiedzieć wiele, bardzo różnych od siebie historii.
Cieszy fakt, że zaczynamy patrzeć na polską historię w otwarty sposób. Nie jest to martyrologia, nie jest to też podejście ją heroizujące. Ot, parę awanturniczych historyjek, czasem przemycających głębszą myśl o naszym historycznym dziedzictwie. Przyjemna porcja, przyjemnej literatury w Sienkiewiczowskich sceneriach, choć zdecydowanie bez Sienkiewiczowskiego patosu. Opowieści z Dzikich Pól pozostawiają pewien niedosyt. Chce się więcej: więcej fabuły, więcej tego świata, więcej charakterystycznego pióra Komudy. Dlatego ja już z niecierpliwością czekam na premierę Banity - najnowszej powieści o losach Jacka Dydyńskiego. Tym bardziej, że powieści wychodzą Komudzie jednak lepiej niż opowiadania.
A Opowieści… oceniam na 4,5/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...