
Tak
było u nas, tak samo było też po drugiej stronie żelaznej kurtyny – jak
widać trendy kulturowe podziałów politycznych nie znają i, co być może
jeszcze ważniejsze, nie przemijają. Skoro bowiem na „Tygrysach”
wychowały się całe pokolenia, to dlaczego by nie zaserwować ich
odpowiednika czytelnikowi współczesnemu? Jasne, czasy się zmieniły i
szans na rynkowy sukces nie ma nic co zostało wydane na papierze, który o
jakości papieru toaletowego (współczesnego) może pomarzyć. Trzeba zatem
zadbać o jako-taką formę, opatrzyć to efektowną okładką, dorzucić
trochę krzykliwych zapowiedzi i… można po cichu liczyć na sukces. W
mojej opinii twórczość brytyjskiego pisarza - Leo Kesslera – jest bowiem
niczym innym, jak właśnie literacką wojenną pulpą. Co zatem dostajemy
do ręki sięgając po otwierający cykl „Edelweiss. Strzelcy alpejscy” tom
zatytułowany Operacja Leopard. Gorzkie zwycięstwo (zachowana jest tu
zresztą stara tradycja polskich tłumaczy, nakazująca prosty tytuł
oryginału przekształcić w coś tak kuriozalnego jak tylko się da – w
oryginale bowiem książka nosi tytuł Storm troop)?
No cóż,
dostajemy całkiem estetyczną okładkę przedstawiającą niemieckiego
żołnierza, który z pewnością nie jest żadnym z bohaterów książki.
Wewnątrz okładki znajdujemy jedną z około trzystu pięćdziesięciu (sic!)
książek autorstwa Charlesa Whitinga, bo tak w zasadzie nazywa się autor.
Pseudonimu Leo Kessler używał on bowiem do podpisywania setek tanich
powieści wojennych, które produkował, mam wrażenie, taśmowo. O
literackiej warstwie w zasadzie trudno się wypowiadać: fabuła tak prosta
jak tylko się da, przaśni bohaterowie, trochę militariów i… już. Jeśli
za cokolwiek można autora pochwalić to chyba tylko za niezły pomysł na
pokazanie specyfiki działań jednostki górskiej. Uczciwie trzeba także
Kesslerowi oddać, że akcja jego powieści toczy się szybko i wartko. Nie
powinno to dziwić biorąc pod uwagę, że fabuła jest po prostu toporna, a
dłuższych opisów, bardziej rozbudowanych dialogów, o bardziej
„wyrafinowanych” zabiegach narracyjnych nie wspominając, ze świecą tu
szukać. No, ale przecież nie o to chodzi, prawda? Ma się czytać lekko,
łatwo i przyjemnie. No i w zasadzie ten cel byłby osiągnięty, gdyby nie
to jak książka jest wydana od strony technicznej. Podczas lektury miałem
bowiem wrażenie, że ktoś ze mnie kpi, a oszczędności wydawnictwa na
redakcji i korekcie poszły chyba o krok za daleko. Pal sześć tony
literówek, pal sześć, że w jednym zdaniu mamy odległość (tę samą)
mierzoną raz w jardach, raz w metrach. Pal sześć nawet torpedę z
dwutonowym (!) ładunkiem. Ale jak trafiam na ten sam termin (ang. skipper) raz tłumaczony skiper a innym razem szyper to
mam wrażenie, że ktoś tu tłumaczy fragmenty tekstu za pomocą Google, a
potem je po prostu ze sobą skleja bez, choćby pobieżnego, przeczytania
całości.
Mam wrażenie, że Erica znalazła sobie całkiem niezły
sposób na przyzwoity zarobek – kupić za jakieś śmieszne pieniądze prawa
do zachodniej wojennej pulpy z lat siedemdziesiątych czy
osiemdziesiątych, przetłumaczyć to „po taniości” i wydać w efektownej
formie na naszym rynku. Tego typu podejście może się sprawdzić całkiem
nieźle, bowiem amatorów wybitnie niewymagającej literatury wojennej
znajdzie się bez wątpienia niemało. Jeśli już jednak szukamy rozrywkowej
literatury o akcji oddziału specjalnego na tyłach wroga podczas II
wojny światowej (z kronikarskiego obowiązku zaznaczę tylko, że w
przypadku Operacji Leopard tematem jest niemiecki desant na wyspę
Leros w 1943 r.) to już lepiej sięgnąć po wspomnianego wcześniej
MacLeana – choćby Działa Nawarony, albo Komandosów z Nawarony.
Osobiście nie żałuję, że książkę Kesslera przeczytałem, na szczęście
zajęło mi to ledwie dwa dni. Tyle tylko, że przy okazji zakupów w taniej
książce nabyłem też dwie inne pozycje jego autorstwa i mam wrażenie, iż
raczej nieprędko po nie sięgnę.
1,5/6
Ocena w skali PHW:
Temat i treść: 2/10
Język, styl, kompozycja tekstu: 3/10
Forma wydawnicza: 2/10
PS. Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Portalu Historyczno-Wojskowego
beznadzieja
OdpowiedzUsuń