
Muszę przyznać, że najnowsza premiera Ars Machiny była
w zasadzie jedyną książką planowaną na 2013 r., na której wydanie
faktycznie czekałem. Jest bowiem w pisarstwie Kanadyjczyka coś takiego,
co nie pozwala przejść wokół jego twórczości obojętnie, tym bardziej, że
poprzednie części cyklu – Rozgwiazda i Wir zrobiły na mnie całkiem niezłe wrażenie. ßehemot
jest w ścisłym sensie kontynuacją i zwieńczeniem cyklu, a podjęte w nim
wątki w zdecydowanej większości zakorzenione są w fabule części
poprzednich. Przed rozpoczęciem lektury zastanawiałem się, jaki ton
przyjmie Watts tym razem. Otwierająca trylogię Rozgwiazda
była bardzo stonowana, klaustrofobiczna, mocno skupiona na psychologii
bohaterów i budowaniu klimatu (no może jeszcze wprowadzała parę
świetnych fabularnych „gadżetów”), z kolei Wir stanowił wręcz jej przeciwieństwo, pokazując obraz pożogi i zniszczenia o epickich wręcz rozmiarach. W ßehemocie Watts
wpisuje się gdzieś pomiędzy te dwie skrajności. Znów mamy zatem dno
oceanu, znów mamy epicki obraz zniszczenia świata, znów pojawia się
nieznane biologiczne zagrożenie dla życia pod znaną nam postacią. No i
znów mamy Lenie Clarke, Kena Lubina i Achillesa Dejardinsa w rolach
głównych. Tu pewne zaskoczenie, mam bowiem wrażenie, że w trzeciej
części trylogii ryfterów to właśnie Lubin i Dejardins wysuwają się na
pierwszy plan. Lenie zrobiła już, co miała zrobić – zniszczyła świat.
Teraz czas na większych psychopatów. Daje to Kanadyjczykowi, po raz
kolejny zresztą, ogromne pole do popisu przy tworzeniu psychologii
postaci. Pole wykorzystane zresztą w bardzo dobry sposób. Utrzymane w
typowym dla kultury północnoamerykańskiej, lekko freudowskim tonie
psychologizowania, z wyraźnym osadzeniem postaci, ich problemów,
skłonności i motywacji w okresie dzieciństwa, historii i przeżyć.
Powieść Wattsa jest w znacznej mierze studium walki bohaterów z
samymi sobą, analizą zachowań niezwykłych ludzi w niezwykłych
sytuacjach. Wszystko to stanowi jednak tylko część konstrukcji opartej
na całkiem niezłej fabule. Nie ma tu co prawda specjalnego zaskoczenia,
raczej konsekwentne dążenie w kierunku rozwiązania napięcia fabularnego
zbudowanego w Rozgwieździe i Wirze. Ogólnie rzecz biorąc,
jest jednak ciekawie, akcja toczy się wartko, kilkakrotnie wywodząc
czytelnika w pole. Finał natomiast zdaje się dość oczywisty, choć trudno
mówić o rozczarowaniu. Po prostu, Watts nie jest
pisarzem, który odpalałby jakieś wielkie fajerwerki… choć efekt finalny i
tak jest więcej niż dobry. Jest to zatem godne zakończenie jednej
z najciekawszych fantastycznych trylogii ostatnich kilkunastu lat
.
Jest kilka przyczyn, dla których warto sięgnąć po prozę Wattsa.
Niewątpliwie należą do nich: świetnie dopracowana strona naukowa,
ciekawe pomysły i wciągająca akcja. Ale jest coś jeszcze. Można by się
spodziewać, że autor, który zaludnia karty swych dzieł postaciami tak
skrajnie sprowadzonymi do wymiaru biologicznych maszyn kierujących się
podstawowymi instynktami, stanowiących momentami wręcz wypadkową własnej
fizyczności i oddziaływania otoczenia, stworzy prozę raczej opisową,
mechaniczną. Jest to jednak literatura wręcz kipiąca emocjami. Fakt,
emocjami często bardzo negatywnymi, ale jednak dającymi Lenie, Kenowi
czy Achillesowi duszę. I nie ma tu znaczenia, że jest to dusza mroczna i
zbrukana. Wciąż są to postaci potrafiące przykuć uwagę czytelnika. Tak
rozumiana trylogia ryfterów jest więc także historią o odkupieniu
i przebudowie. No i o tym, jak chwiejny jest nasz świat i jak niewiele o
nim wiemy. W tym sensie tak ßehemot, jak i poprzednie
części cyklu są współczesną wariacją na temat jednego z centralnych
motywów fantastyki jako konwencji w całej jej historii. I chyba
zasłużenie powinno się trylogię Wattsa traktować jako pozycję już
teraz klasyczną. Jest to po prostu porcja świetnej literatury, która
może nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych, ale robi spore
wrażenie, które na długo zapada w pamięć.
Twórczość Petera Wattsa można uznać za swoisty
fenomen. Współcześnie niewielu jest bowiem pisarzy, którzy tworzyliby
science fiction, które z czystym sumieniem można opatrzyć mianem „hard”.
Kanadyjczyk zaś w niemal każdym ze swoich tekstów funduje nam solidną
naukową podbudowę, bawiąc się w spekulacje i odnosząc do najnowszych
odkryć. Z drugiej strony daleko mu do optymistycznej, twardej fantastyki
z lat jej rozkwitu. Świat Wattsa jest brutalny, depresyjny, a
jego bohaterów można bez przesady określić jako zbieraninę psychopatów i
wykolejeńców. Tak jest również w wieńczącym trylogię ryfterów ßehemocie.
Muszę przyznać, że najnowsza premiera Ars Machiny była
w zasadzie jedyną książką planowaną na 2013 r., na której wydanie
faktycznie czekałem. Jest bowiem w pisarstwie Kanadyjczyka coś takiego,
co nie pozwala przejść wokół jego twórczości obojętnie, tym bardziej, że
poprzednie części cyklu – Rozgwiazda i Wir zrobiły na mnie całkiem niezłe wrażenie. ßehemot
jest w ścisłym sensie kontynuacją i zwieńczeniem cyklu, a podjęte w nim
wątki w zdecydowanej większości zakorzenione są w fabule części
poprzednich. Przed rozpoczęciem lektury zastanawiałem się, jaki ton
przyjmie Watts tym razem. Otwierająca trylogię Rozgwiazda
była bardzo stonowana, klaustrofobiczna, mocno skupiona na psychologii
bohaterów i budowaniu klimatu (no może jeszcze wprowadzała parę
świetnych fabularnych „gadżetów”), z kolei Wir stanowił wręcz jej przeciwieństwo, pokazując obraz pożogi i zniszczenia o epickich wręcz rozmiarach. W ßehemocie Watts
wpisuje się gdzieś pomiędzy te dwie skrajności. Znów mamy zatem dno
oceanu, znów mamy epicki obraz zniszczenia świata, znów pojawia się
nieznane biologiczne zagrożenie dla życia pod znaną nam postacią. No i
znów mamy Lenie Clarke, Kena Lubina i Achillesa Dejardinsa w rolach
głównych. Tu pewne zaskoczenie, mam bowiem wrażenie, że w trzeciej
części trylogii ryfterów to właśnie Lubin i Dejardins wysuwają się na
pierwszy plan. Lenie zrobiła już, co miała zrobić – zniszczyła świat.
Teraz czas na większych psychopatów. Daje to Kanadyjczykowi, po raz
kolejny zresztą, ogromne pole do popisu przy tworzeniu psychologii
postaci. Pole wykorzystane zresztą w bardzo dobry sposób. Utrzymane w
typowym dla kultury północnoamerykańskiej, lekko freudowskim tonie
psychologizowania, z wyraźnym osadzeniem postaci, ich problemów,
skłonności i motywacji w okresie dzieciństwa, historii i przeżyć.
Powieść Wattsa jest w znacznej mierze studium walki bohaterów z
samymi sobą, analizą zachowań niezwykłych ludzi w niezwykłych
sytuacjach. Wszystko to stanowi jednak tylko część konstrukcji opartej
na całkiem niezłej fabule. Nie ma tu co prawda specjalnego zaskoczenia,
raczej konsekwentne dążenie w kierunku rozwiązania napięcia fabularnego
zbudowanego w Rozgwieździe i Wirze. Ogólnie rzecz biorąc,
jest jednak ciekawie, akcja toczy się wartko, kilkakrotnie wywodząc
czytelnika w pole. Finał natomiast zdaje się dość oczywisty, choć trudno
mówić o rozczarowaniu. Po prostu, Watts nie jest
pisarzem, który odpalałby jakieś wielkie fajerwerki… choć efekt finalny i
tak jest więcej niż dobry. Jest to zatem godne zakończenie jednej
z najciekawszych fantastycznych trylogii ostatnich kilkunastu lat
.
Jest kilka przyczyn, dla których warto sięgnąć po prozę Wattsa.
Niewątpliwie należą do nich: świetnie dopracowana strona naukowa,
ciekawe pomysły i wciągająca akcja. Ale jest coś jeszcze. Można by się
spodziewać, że autor, który zaludnia karty swych dzieł postaciami tak
skrajnie sprowadzonymi do wymiaru biologicznych maszyn kierujących się
podstawowymi instynktami, stanowiących momentami wręcz wypadkową własnej
fizyczności i oddziaływania otoczenia, stworzy prozę raczej opisową,
mechaniczną. Jest to jednak literatura wręcz kipiąca emocjami. Fakt,
emocjami często bardzo negatywnymi, ale jednak dającymi Lenie, Kenowi
czy Achillesowi duszę. I nie ma tu znaczenia, że jest to dusza mroczna i
zbrukana. Wciąż są to postaci potrafiące przykuć uwagę czytelnika. Tak
rozumiana trylogia ryfterów jest więc także historią o odkupieniu
i przebudowie. No i o tym, jak chwiejny jest nasz świat i jak niewiele o
nim wiemy. W tym sensie tak ßehemot, jak i poprzednie
części cyklu są współczesną wariacją na temat jednego z centralnych
motywów fantastyki jako konwencji w całej jej historii. I chyba
zasłużenie powinno się trylogię Wattsa traktować jako pozycję już
teraz klasyczną. Jest to po prostu porcja świetnej literatury, która
może nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych, ale robi spore
wrażenie, które na długo zapada w pamięć.
5/6
Już sie ucieszyłam, że tyle tekstu, a tu sie okazało, że dwa razy wkleiło się to samo :(
OdpowiedzUsuńZ uporem maniaka podczas dyskusji sieciowych powołuję sie na Wattsa - tylko czekam, aż ktoś mi (słusznie!!) wytknie, że się mądrzę, a czytałam tylko jednego współczesnego autora :P Czy mógłbyś mi może polecić kogoś na tym samym poziomie współczesnej hard SF? Może być Polak, może być obcokrajowiec, byle w tłumaczeniu, bo mój angielski na aż takie hard nie pozwala.
W sumie muszę też poszukać po nazwiskach opowiadań z NF - kilka mocnych hard SF by się znalazło, może są i książki po polsku tych autorów.
Cranberry