piątek, 6 września 2013

Odtrutka na optymizm - Peter Watts - recenzja z portalu Fantasta.pl

Nie tak dawno temu, przy okazji premiery kolejnych tomów Trylogii Ryfterów zwróciłem uwagę na fakt, iż na polskim rynku mamy do czynienia ze swoistym fenomenem Petera Wattsa. Zjawisko to nie przestaje mnie zadziwiać, i to co najmniej w kilku wymiarach. Z jednej strony, co zresztą autor sam zauważa, chyba w żadnym innym kraju jego twórczość nie cieszy się taką popularnością co nad Odrą i Wisłą – to tu zdobywał pierwsze nagrody, to tu ma stały felieton w prasie, to tu wreszcie ukazuje się pierwszy pełny zbiór jego krótkich form – Odtrutka na optymizm. Z drugiej strony, obiektywnie trzeba przyznać, że twórczość Wattsa nie należy do prozy rozrywkowej, której względnie łatwo jest znaleźć poklask szerokiej publiki. Wręcz przeciwnie, teksty Kanadyjczyka pełne są pokrętnych pomysłów, naukowego żargonu, krytyczne, przesycone depresyjną atmosferą. A jednak autor ten znajduje się wśród najbardziej uznanych twórców współczesnej science fiction. W przedmowie do polskiego wydania Rozgwiazdy Watts sugerował, iż odbiór jego prozy w Polsce może wynikać z ukształtowania czytelniczej wrażliwości Polaków przez dzieła Lema. No cóż, może i jest w tym jakieś ziarnko prawdy, ale może po prostu mamy do czynienia ze świetnym autorem?
Lektura wspomnianego wcześniej zbioru jego krótkich form utwierdza mnie w tym przekonaniu. Dostajemy do ręki niemal kompletny zestaw opowiadań Wattsa, które zaprezentowane w porządku chronologicznym pozwalają nam śledzić literacką ewolucję Kanadyjczyka. Nie jest ona jednak zbyt wielka. Niewątpliwie z czasem pisarsko okrzepł, oszlifował warsztat. Można rzec, że w nowszych tekstach więcej jest literatury, a mniej przedstawionego w formie opowiadania naukowego (lub paranaukowego) eseju. Zasadniczy schemat krótkich form Wattsa pozostaje jednak niezmienny: doskonałe pomysły oparte na naukowej podbudowie, dość prosta, ale bardzo sugestywna literacka oprawa i świetne, mocne puenty – niemal wzorcowy przykład tego, jak powinno wyglądać opowiadanie w konwencji science fiction. Kanadyjczyk stanowi zresztą doskonały przykład, że nawet w świecie, w którym wiedza akademicka staje się coraz bardziej niezrozumiała i niedostępna dla laików, wciąż można tworzyć fantastykę posługującą się określeniem „science” nie tylko ze względu na tradycyjną nazwę konwencji, a jednocześnie dość przystępną. W tym sensie jest to fantastyka w swojej formule bardzo klasyczna – nowoczesność tkwi tu w teoriach, po które Watts sięga i sposobie, w jaki wykorzystuje oklepane na pozór tematy jak choćby inżynieria genetyczna, sztuczne inteligencje, pierwszy kontakt, przeżycia religijne czy relacja człowieka i jego technicznych wytworów. Efekt jednak jest bezdyskusyjnie świeży i intrygujący.

To, co charakterystyczne dla Odtrutki na optymizm, to bardzo równy poziom opowiadań. W zasadzie nie ma tu tekstu, który można by określić jako słabszy czy choćby przeciętny. Nie ma też co prawda wyjątkowych fajerwerków (może z wyjątkiem bardzo klimatycznej, nagrodzonej Hugo Wyspy), ale przy tak wysokim poziomie nie sposób uznać tego za wadę. Wyróżnianie jakiegokolwiek z zawartych tu opowiadań mija się z celem. Odtrutka… po prostu jest jednym z rzadkich przykładów zbioru niezwykle równego. Nie znaczy to jednak, iż wszystkie teksty są wariacją na temat tego samego schematu. Watts czasem bawi się formą, subtelnie modyfikując sposób narracji, stylizując tekst na sądowy raport lub zapisane wspomnienia. Potrafi też wprowadzić trochę humoru – dosyć przewrotnego, by nie rzec wisielczego, ale jednak. W kontekście dość jasnej, zresztą w pełni uzasadnionej zawartością, wymowy tytułu omawianego zbioru, humor ten jest jednak całkiem miłym zaskoczeniem.

Lektura Odtrutki na optymizm bynajmniej nie wywołała u mnie depresji czy ogólnego zniechęcenia. Wręcz przeciwnie, mimo dość pesymistycznego wydźwięku zawartych w niej tekstów, utwierdziła mnie raczej w przekonaniu, że wciąż można tworzyć dobrą, krytyczną, pomysłową i zrozumiałą fantastykę naukową. I to w klasycznym tego terminu rozumieniu. Gwiazda Wattsa świeci nad Polską całkiem jasno i choć czasami można czuć lekki przesyt, w mojej opinii świeci całkiem zasłużenie. Dlaczego tak się dzieje, jest to w zasadzie nieistotne. Grunt, że jest to autor piszący na wysokim poziomie, błyskotliwie, merytorycznie i pewną dawką humoru… a jakże, czarnego.

5/6

2 komentarze:

  1. Podoba mi się ujęcie od początku do depresyjnej puenty czarnego humory. Bardzo trafne. Tekst zastanawia i wszystkim polecam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i zapraszam na bloga jak najczęściej

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...