Zawsze miałem sentyment do Iron Mana. Tony Stark często jawił mi się jako marvelowska, bardziej ludzka i barwna wersja Bruce’a Wayne’a – ot, milioner, który z takich lub innych przyczyn wchodzi na ścieżkę walki ze złem. Przy czym o ile postać nocnego obrońcy Gotham odmalowywana jest (przynajmniej od pewnego momentu swej przeszło 75-letniej historii) raczej w ponurej, mrocznej tonacji, o tyle w przypadku członka Avengers możemy dostrzec znacznie więcej kolorytu. I mam tu na myśli nie tylko żółto-czerwoną zbroję. W przeciwieństwie do wiecznie skrywającego się przed światem Batmana/Wayne’a, Iron Man/Stark po prostu bierze rzeczywistość „na klatę”: żyje pełnią życia, pozwala sobie na ekscentryczność, ale jednocześnie angażuje się w sprawy tego świata bez względu na to, czy akurat nosi kostium, czy nie: jako biznesmen, filantrop, działacz polityczny, szef S.H.I.E.L.D itd. I choć oczywistym jest, że często płaci za to ogromną cenę (nie tylko w sensie finansowym) i niejednokrotnie upada, by potem wstać, dzięki temu wydaje się być postacią znacznie bardziej wielowymiarową, pełniejszą. Pięć Koszmarów jest historią, która w swych założeniach ma właśnie eksploatować słabości Starka, jego obawy, wątpliwości i słabe punkty. W pewnym momencie dochodzi bowiem do ataku terrorystycznego z wykorzystaniem technologii dziwnie podobnej do tej, na której opiera się cały program Iron Mana…

Problem mam natomiast ze stroną wizualną tego komiksu. Z jednej strony rysunki Salvadora Larroci są całkiem przyzwoite, dynamiczne. Czasem jedynie dość groteskowo wypada mimika twarzy czy też pojawiają się dziwne ujęcia perspektywy (widoczne jest to szczególnie w przypadku zbroi głównego bohatera). Nie do końca sprawdza się także kolorowanie z wszechobecnym komputerowym gradientem, który powoduje, że twarze niemal wszystkich postaci wyglądają jakby właśnie zakończyły sesję w solarium i wyszły z niego całe w olejku do opalania. No cóż, chyba wolałem bardziej klasyczne (nawet jeśli zgodnie z ówczesną modą lekko „mangowe”) rysunki Larroci, które pamiętam z wydanego jeszcze przez TM-Semic Heroes Return.
Pięć koszmarów nie jest z pewnością ani najciekawszą, ani najlepszą wizualnie historią z Iron Manem w roli głównej. Trzeba jednak przyznać, że jest wystarczająco dobra, by fani tej postaci nie czuli się zawiedzeni. Z tych samych zresztą powodów powinna tez trafić w gusta osób, którym postać Tony’ego Starka nie jest specjalnie znana. Fraction zbudował swą opowieść na kilku cechach konstytutywnych dla komiksów o Iron Manie: technologii, pieniądzach, ego bohaterów, ale też ludzkiej stronie samego Starka: konfrontowaniu się ze swoimi obawami i przyjmowaniu odpowiedzialności za to co ma się wydarzyć. To, w połączeniu ze sporą dawką akcji i całkiem niezłymi dialogami czynią Pięć koszmarów pozycją, po którą warto sięgnąć.
4/6
4/6
" Coś jednak sprawiło, iż składające się na ten album siedem pierwszych numerów serii"....i? Chyba coś wycięło ;)
OdpowiedzUsuńPoprzestawiało. Dzięki za zwrócenie uwagi - już poprawione.
Usuń