wtorek, 24 czerwca 2014

Imperium Pingwina - Batman - Detective Comics, tom 3 - John Layman, Jason Fabok, Andy Clarke - recenzja z Szortalu

Pierwsze dwa tomy nowej odsłony najstarszej z komiksowych serii z Batmanem w roli głównej wywołały dość mieszane uczucia. Niezłe rysunki Tony’ego S. Daniela nie potrafiły zrekompensować dość nudnych, niewiele wnoszących scenariuszy tegoż autora. Seria wyraźnie ustępowała pod względem jakości Batmanowi Snydera i Capullo - sztandarowemu tytułowi z nietoperzej rodziny. Stąd też włodarze DC zdecydowali się na wyraźną zmianę i przekazali Detective Comics nowej ekipie. Scenariuszem zajął się John Layman, współpracujący wcześniej głównie z Wildstorm, Image i Marvelem, zaś rysownikami zostali Jason Fabok i Andy Clarke. Całą trójkę można określić mianem twórców doświadczonych, choć wciąż na dorobku. Można przypuszczać, że praca przy jednym z najbardziej rozpoznawalnych tytułów na amerykańskim rynku komiksowym stanie się dla nich niepowtarzalną szansą pokazania się szerszej publiczności. Biorąc pod uwagę poziom, jaki prezentują w Imperium Pingwina, mają jeszcze nad czym pracować.


Trzeci tom zbiorczych wydań nowego Detective Comics już na starcie rodzi pewien problem: fabuła jest niezwykle chaotyczna, wyraźnie rwana. Dominuje przewijający się przez cały album wątek Pingwina – Oswalda Cobblepota, który postanawia usunąć się nieco w cień przekazując interesy jednemu ze swoich zaufanych. Jednocześnie na przestępczą arenę Gotham wkracza nowo postać, próbująca przejąć pozycję i wpływy Cobblepota, a tytułująca się Pingwinem Królewskim. O dziwo, wątek przejęcia władzy w przestępczym półświatku wypada całkiem nieźle, a obaj tak różni od siebie panowie odwołujący się do antarktycznych ptaków zaprezentowani są bez zbędnej karykaturalizacji. Niestety, poza tym w scenariuszu sporo chaosu. Dwie historie – jedna z Poison Ivy i Clayfacem, druga osnuta wokół nowo wprowadzonej postaci Merrymakera -  wydają się dość banalne i w bardzo luźny sposób wpisują się w szerszą fabułą serii. Paradoksalnie, z wszystkich arcywrogów Batmana najlepiej prezentuje się… w zasadzie nieobecny Joker. Widać jego machinacje i plany, widać przemożny wpływ, jak wywiera on na Gotham inspirując szalejące po mieście gangi, co było już pokazane w poprzednich tomach serii. Niestety, ma to też swoją drugą stronę – wiele wydarzeń, szczególnie z tych związanych z eventem Śmierć rodziny, pozostaje w oderwaniu od fabuły i głównego wątku narracji, w związku z czym niektóre sceny mogą wydać się nieco pozbawione sensu. Trzeba jednak przyznać, że w porównaniu z poprzednimi tomami serii scenariusz prezentuje się nieco lepiej. Warto odnotować, że sporadycznie pojawiają się postaci poboczne, jak Nightwing, czy Damian Wayne. Na pochwałę zasługuje też sposób pokazania samego Batmana z perspektywy półświatka Gotham, jako swoistego elementu konstytuującego sposób, w jaki prowadzi się w tym mieście przestępczą działalność. Kontakt z Mrocznym Rycerzem traktowany jest jako prędzej czy później oczywisty i wkalkulowany w „zawodowe ryzyko” – sztuka bycia kryminalistą w Gotham polega więc także na tym, aby konsekwencje takiej konfrontacji były maksymalnie bezbolesne. Całkiem ciekawy smaczek.

Imperium Pingwina powinno też usatysfakcjonować miłośników nietoperzych gadżetów. Jest batsamolot (nie wiedzieć czemu w formie nieprzetłumaczonej – „batplane”), batkomputer, odrzutowy batplecak, a nawet coś w rodzaju batkarabinu na małe batrangi. Pojawia się nawet nowy, czerwony (sic!), ochronny kostium Batmana. Wszystko zaprezentowane jest w przyzwoitej, choć raczej nie wyróżniającej się niczym specjalnym szacie graficznej. Zarówno Fabok jak i Clarke to rysownicy poprawni, jednak ich kresce brak czegoś, co wyróżniło by ich na tle konkurentów. Pod tym względem zdecydowanie lepiej prezentowały się poprzednie odsłony nowego Detective Comics ilustrowane przez Daniela i (przede wszystkim) kapitalnego Szymona Kudrańskiego. Pewne uwagi można też mieć pod adresem tłumaczenia. Przede wszystkim tłumaczowi i redaktorom zabrakło konsekwencji w podejściu do tytułu tomu i postaci głównego antagonisty: raz mamy „Imperium Pingwina”, innym razem „Pingwina Cesarskiego”, zaś w jeszcze innych przypadkach pojawia się nawet zupełnie kuriozalny „Imperator”. A przecież we wszystkich przypadkach chodzi o tę samą osobę – Ignatiusa Ogilvy’ego.

Jak zwykle w przypadku zbiorczych wydań Egmontu z serii Nowe DC Comics album prezentuje się na najwyższym poziomie. Twarda, szyta oprawa, kredowy papier, świetny druk, reprodukcje okładek poszczególnych zeszytów wraz z ich pierwotnymi wersjami oraz dodatki w postaci szkiców koncepcyjnych i roboczych składają się na efektowną i estetyczną całość, którą każdy miłośnik komiksu z przyjemnością postawi na półce.

W ogólnym rozrachunku Batman – Detective Comics: Imperium Pingwina wypadają dość przeciętnie. Przyzwoite rysunki i nierówna, dość rwana fabuła powodują, że album ten raczej niespecjalnie wyróżnia się na tle licznych historii o chyba najpopularniejszym na naszym rynku komiksowym superbohaterze. Z drugiej strony, dość ciekawy wątek Pingwina (a w zasadzie dwóch) i pojawiające się wątki poboczne historii znanej ze Śmierci rodziny  powodują, że miłośnicy Batmana powinni być lekturą tego albumu usatysfakcjonowani. Tym bardziej, że zakończenie jest wyraźnie otwarte i możemy spodziewać się kontynuacji historii Pingwina Cesarskiego w kolejnym tomie Detective Comics… o ile oczywiście Egmont zdecyduje się takowy wydać. Będę trzymał za to kciuki, gdyż wydaje się, iż mamy obecnie na naszym rynku najlepszy od dawna czas dla komiksu superbohaterskiego. Szturm na światowe kina filmów inspirowanych rysunkowymi historiami i coraz większa ilość wydarzeń i publikacji poświęconych amerykańskiej popkulturze pozwalają na pewien optymizm. Myślę więc, że Imperium Pingwina doczeka się wkrótce godnej kontynuacji.

3,5/6

Tekst pierwotnie opublikowany na łamach Szortalu. Wydawnictwu Egmont dziękujemy za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...