Bo wszyscy trykociarze to jedna rodzina. X-man czy Avenger, chłopak czy dziewczyna…
Kilka lat temu, gdy Marvel startował z linią Marvel Now! jednym z najbardziej nagłaśnianych tytułów (mającym być zresztą jednym z „koni pociągowych” wydawnictwa) było Uncanny Avengers. Już od pierwszej chwili uderzał pomysł zderzenia ze sobą dwóch światów, coraz bardziej skonfliktowanych ze sobą tak wewnątrz komiksowego uniwersum Domu Pomysłów, jak i w rzeczywistości filmowo-biznesowej. Promocyjne plakaty czy okładkę pierwszego numeru zdobiły postacie ikonicznych Avengers (Thora i Kapitana Ameryki) w towarzystwie mutantów – zarówno tych, którzy w Avengers nowi nie byli (jak Wolverine czy Scarlett Witch), ale i takich, których kojarzyć można z zupełnie innych drużyn (jak Havok i Rogue). To właśnie wokół tematu wspólnego działania dwóch największych supergrup Rick Remender oplótł tę serię… i przynajmniej początek udał mu się nienajgorszej.
Pomysł scenarzysty nie należy może do najoryginalniejszych, ale niewątpliwie ma w sobie potencjał pozwalający zainteresować wielu potencjalnych czytelników. Ot, po raz kolejny los splótł ze sobą losy herosów z różnych stron komiksowego uniwersum. Tyle tylko, że w tym przypadku zamiast wspólnego uczestnictwa w mniej lub bardziej efektownej rozpierdusze (czyt.: evencie lub crossoverze) mamy wstęp do klasycznego komiksowego tasiemca… krótko mówiąc: obserwujemy powstanie „Drużyny jedności” w ramach Avengers, do której zaproszenie dostają niektórzy z mutantów. Oczywistym jest, że w uniwersum, w którym niedawny przywódca mutantów okazał się być morderca i terrorystą mutanci mają wyjątkowo kiepski PR (choć tak po prawdzie to ciężko przypomnieć mi sobie moment, gdy był on choćby niezły) – gnębiony poczuciem winy Steve Rogers postanowił więc nie tylko zainicjować powstanie zespołu włączającego kolejnych mutantów w skład Avengers, ale także oddać dowództwo nad nim (i nad sobą samym) Havocowi – bratu znienawidzonego przez opinię publiczną Cyclopsa. W międzyczasie pojawia się też Red Skull, który stwarza zagrożenie praktycznie dla wszystkich, przy okazji rozsierdzając niektórych mutantów także na stopie personalnej. Wszystko to brzmi może i mało odkrywczo, ale Remenderowi udaje się stworzyć na tej bazie całkiem sympatyczny komiks.

Nieco bardziej złożona wydaje się kwestia oprawy graficznej w wykonaniu Johna Cassadaya. Ameykanin pracował między innymi przy napisanych przez Jossa Whedona X-Men lub ilustrował tak znakomite serie jak Planetary czy marvelowskie Star Wars (najlepiej sprzedający się w Stanach komiks roku 2015). Wtym przypadku wydaje się, ze nieco uprościł kreskę i choć całość prezentuje się całkiem ciekawie, to jednak niektóre rysunki (szczególnie gdy przy przychodzi do rysowania twarzy) wyglądają dość kuriozalnie lub nienaturalnie. Z drugiej strony ilustracje zdobiące zamykający Czerwony cień zeszyt 5, narysowane przez francuskiego artystę Olivera Coipela (kojarzonego choćby z Rodem M) prezentują się naprawdę doskonale.
Czerwony cień i wydaje się być pozycją całkiem ciekawą, nawet jeśli skupioną na wąskim wycinku marvelowskiego uniwersum. Być może jest to jedna z przyczyn dla których z czasem Uncanny Avengers zdryfowało w nieco inne rejony, nie będąc tytułem tak silnie powiązanym z głównym nurtem wydarzeń tego świata kreowanym przez Briana Michaela Bendisa i Jonathana Hickmana. Lektura daje jednak sporo przyjemności, zwłaszcza obserwowanie napięcia pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Może nie jest to więc dzieło wyróżniające się, ale z pewnością nie można go nazwać nieudanym.
4/6
PS. Dziękujemy Wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz