Konwencja superbohaterska tak już jakoś ma, że relatywnie często sięga po szarości, to raczej nieczęsto stawia klasycznych protagonistów w roli ściganych przestępców. Jasne, nawet w uniwersum Marvela mamy od zatrzęsienia antybohaterów – od Punishera przez Venoma po Deadpoola – jednak zdecydowana większość z nich, to postaci od samego początku definiowane jako takie. A co, gdyby wziąć innego, z założenia nieskazitelnego bohatera, i postawić go w sytuacji, gdy jest powszechnie uważany za mordercę, terrorystę i wywrotowca? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, warto zajrzeć do najnowszej odsłony serii Uncanny X-Men.

Patrząc na wszystkie związane z marvelowskimi mutantami tytuły linii Marvel Now! nie sposób nie dostrzec jak fundamentalnym zdarzeniem okazuje się być śmierć profesora Xaviera w finale crossoveru Avengers vs X-Men. Zmienia się status i kadra szkoły w Westchester, mutanci znów znajdują się w centrum uwagi opinii publicznej, zaś Ci z nich, których dotknęła siła Phoeniksa nie tylko zostali uznani za terrorystów, ale próbują sobie poradzić z innymi, nieprzewidzianymi konsekwencjami tego faktu. Jednocześnie po raz pierwszy od tragicznych dla wszystkich nosicieli genu X wydarzeń Rodu M na Ziemi zaczęli się na nowo ujawniać mutanci. W tej sytuacji obwiniający się o śmierć Profesora X Cyclops postanawia zadbać o tych nowopojawiających się mutantów, odbudowując drużynę X-Men i tworząc nową szkołę im. Charlesa Xaviera. Muszę przyznać, że choć podchodziłem do tego tytułu z dużą rezerwą, jego pierwszy tom zrobił na mnie spore wrażenie. Przede wszystkim wreszcie widać synergię między seriami pisanymi przez Briana Michaela Bendisa. Uncanny X-Men pozostając przy oryginalnym, kultowym tytule pokazuje zupełnie niecodzienną sytuację, w której prowadzona przez Cyclopsa grupa, nie tyle nie cieszy się wątpliwą opinią (bo to się zdarzało wcale często), ale znajduje się wprost w sytuacji konfliktu z.. w zasadzie z całym światem. W tym samym czasie All-New X-Men pozostaje jakby odpowiedzią na tę sytuację sprowadzając do współczesności młodsze, „niewinne” wersje klasycznej drużyny. Drugi z tych tytułów starał się krążyć wokół tematu wyobcowania i wynikającej z niego konieczności przystosowania się do otaczających warunków, w pewnym sensie (może wręcz nieco na przekór widocznemu na każdej okładce „All-New”) kontynuując duchową tradycję pierwszej inkarnacji grupy. Uncanny X-Men idzie w nieco inną stronę. Skupia się bowiem z jednej strony na tradycyjnych dla tego tytułu pytaniach o to, czy mutanci mają prawo do walki o swój byt w otaczającym nas świecie, jednak w pewnym sensie czyni to przewrotnie głównymi bohaterami postaci, które przyjmują postawy i metody, zwykle rezerwowane dla komiksowych złoczyńców. Cyclops mówi bowiem mniej więcej to samo, co scenarzyści przez lata wkładali w usta Magneto… stojącemu zresztą obecnie u boku Scotta Summersa. Trzon zespołu tworzą oprócz nich dwóch także Emma Frost, Magik, a także nowi, świeżo zwerbowani mutanci jak Tempus i Triage.

Niebagatelny wkład w moja pozytywną ocenę tomu otwierającego obecną odsłonę Uncanny X-Men mają znakomite rysunki. Nieco kreskówkowy styl Chrisa Bachalo może co prawda zaskakiwać i wydawać się nieprzystający do poważnej skądinąd tematyki, jednak wydaje mi się, że wprowadza on do komiksu nieco oddechu i lekkości. Tym bardziej, że ilość detali, czy też stosowanie niekonwencjonalnych rozwiązań (gry ramkami, kolorowaniem czy pustymi kadrami) każą wystawić temu albumowi wysoką notę. Nie gorzej wypada zresztą jego zwieńczenie rysowane przez Frazera Irvinga. Brytyjczyk wnosi w miejsce (świetnego, ale jednak) rzemiosła, nieco więcej oryginalności i ognistych kolorów… znakomicie komponujących się z historią skupioną na demonicznych mocach Magik.

4,5/6
PS. Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzeplarza recenzenckiego
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz