Luke Cage – jeden z pierwszych czarnoskórych bohaterów Marvela – zwykł kojarzyć się z szalonymi latami siedemdziesiątymi. Ze swoją rozchełstaną, wściekle żółtą koszulą z wielkim kołnierzem, łańcuchem wokół pasa i srebrną tiarą (sic!) na głowie był wręcz uosobieniem epoki. Stanowi też koronny przykład zdobywania nowych rynków przez Dom Pomysłów, będąc bohaterem historii nieco innych niż standardowe trykociarskie mordobicia, także przez osadzenie w odmiennej scenografii. Mimo niesłabnącej sympatii czytelników wydaje się, że image Power Mana (bo i pod takim mianem jest znany) mocno odstawał tak od standardów obecnych wydawców, jak i od stereotypowego wizerunku postaci pochodzących z Harlemu. Cage przeżył więc swoiste odświeżenie.

Pięcioczęściowa seria pod tytułem „Cage” to w zasadzie prosta historia, klasycznie osadzona w rządzonych przez gangi czarnych dzielnicach. Wizerunek tytułowego bohatera został jednak przez autorów wyraźnie zbrutalizowany. To już nie modniś z dyskoteki czy ugrzeczniony osiłek w żółtym T-shircie, ale zadymiarz z getta pełną gębą: twardy, pewny siebie, zdecydowany, świecący złotem sztucznych zębów i zdobiących nagi tors łańcuchów. Przy tym jest to wciąż bohater inteligentny, potrafiący poradzić sobie w świecie, który daleki jest od bycia przyjaznym miejscem. Tworząc scenografię, Azzarello oddał bardzo sugestywnie pewien wycinek rzeczywistości amerykańskich metropolii – brutalizując życie ulicy i jej język. Scenografia jest na dobrą sprawę bardzo skromna – kilka lokacji, bar i niewiele ponadto. Miejsce akcji to zarazem swoiste „nigdzie” i „gdziekolwiek”. Jednocześnie zamieszkujące ten świat postacie są wręcz archetypiczne: chłopaki z ulicy, gangsterzy załatwiający swoje sprawy, wreszcie ci którzy próbują po prostu przetrwać i ci, którzy próbują zrobić tam interes. W efekcie powstały naprawdę ciekawe i wyraziste, nawet jeśli niespecjalnie skomplikowane kreacje.

Jak już zaznaczyłem wcześniej, warstwa graficzna znakomicie komponuje się ze scenariuszem. Corben ma nieco przerysowany, mocno undergroundowy styl, ale jednocześnie plansze są znakomite i precyzyjne technicznie. Czuć w jego pracach przestrzeń – zresztą momentami obraz zdecydowanie dominuje w tym komiksie nad tekstem (którego i tak jest niewiele). Do tego dochodzą świetne, raczej stonowane kolory autorstwa Villarubii. Nie znajdziemy tu gładkich, cukierkowych barwi komputerowych gradientów znanych z dziesiątek serii mainstreamowych. „Cage” jest chropowaty, ale i niezwykle wyrazisty. Robi dzięki temu znakomite wrażenie.
Największą wadą „Cage’a” wydaje się być fakt, że jest tak krótki. Lektura mija błyskawicznie, zmuszając czytelnika, by zaczął ją ponownie, smakując plansze i tekst. Trzeba zresztą oddać honory także i tłumaczowi polskiego wydania Piotrowi Czarnocie, który udanie, bez sztuczności oddał w przekładzie język amerykańskiego getta. W efekcie powstała prosta, sugestywna historia, którą po prostu się pochłania… i chce się więcej. Album ten jest też kolejnym dowodem na potencjał, jaki tkwi w marvelowskich bohaterach, jeśli zdjąć ze scenarzystów okowy wymogów masowego rynku. Bardzo liczę na to, że zarówno Mucha, jak i Egmont wciąż będą penetrować ofertę tego imprintu. Tymczasem pozostaje sięgnąć po „Cage’a” i choć przez godzinę cieszyć się znakomitą pracą Azzarello, Corbena i Villarubii.
Scenariusz: Brian Azzarello
Rysunki: Richard Corben
Kolory: Jose Villarubia
Tłumaczenie: Piotr Czarnota
Tytuł oryginału: Cage #1–5
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Marvel
Data wydania: kwiecień 2017
Liczba stron: 128
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
ISBN: 978-83-61319-85-6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz