
Co tu dużo kryć, komiksy Marvela z
drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych zawsze odbierałem z pewną rezerwą.
Pojawiła się wtedy wśród rysowników tendencja do posługiwania się dość
specyficzną kreską, która mi osobiście kojarzyła się trochę z mangą. I niby to
nic złego, ale do klasycznego komiksu superbohaterskiego pasowało mi to (przynajmniej
wtedy) nienajlepiej. Inna rzecz, że samo uniwersum Marvela w wyniku sagi Onslaughta
przechodziło spore zmiany – wiele sztandarowych postaci zostało po prostu uśmierconych,
a dokładniej przeniesionych do alternatywnej, kieszonkowej rzeczywistości. Heroes
return jest albumem, w którym przedstawiona jest historia powrotu
herosów do „głównej” rzeczywistości Marvela. I już w tym miejscu pojawia się
pierwszy zarzut względem polskiego wydania – pewne wyraźnie odczuwalne z
perspektywy czytelnika wyrwanie komiksu z kontekstu. Nie mając świadomości sytuacji,
w jakiej znaleźli się poszczególni bohaterowie tej historii bardzo łatwo się pogubić
kto, z kim, po co i dlaczego. Niestety,
krótki wstęp, choć napakowany informacjami, nie wyjaśnia w moim mniemaniu wystarczająco
jasno tła opowiedzianej w albumie historii. Sam scenariusz Petera Davida nie jest może najgorszy. Autor wyraźnie kładzie
nacisk na postać małego Franklina Richardsa – potencjału w nim drzemiącego i chęci
wykorzystania go przez Celestian. Z drugiej strony motywacje tychże są zupełnie
niejasne. Niezbyt wiarygodnie wypadają także cierpiący na amnezję bohaterowie zamieszkujący
chwilowo kieszonkowy wszechświat – z jednej strony widać ogromny potencjał
tkwiący choćby w oddaniu rodzinnych relacji Fantastycznej Czwórki, z drugiej jednak
jest to potencjał niewykorzystany. Inna sprawa, iż herosi jakoś zbyt chętnie przyjmują
wieść o istnieniu dwóch wszechświatów i własnym zapomnianym życiu. W tym sensie
fabuła może wydać się nieco infantylna. Jest tu jednak kilka momentów, które fanom
uniwersum Marvela sprawią pewnie sporo radości: pojedynek dwóch Hulków, sojusz (kolejny?)
herosów z Dr Doomem czy wreszcie Thor zamieniony w żabę (sic!) powodują, że Heroes
Return zapada w pamięć całkiem pozytywnie.
Osobną kwestię stanowią rysunki.
Jak już zaznaczyłem wcześniej nie jestem specjalnym fanem stylistyki często spotkanej
w komiksach Marvela z tamtego okresu. Muszę jednak uczciwie przyznać, że po
kilku stronach lektury można się do kreski Salvadora
Larroci przyzwyczaić, a niektóre kadry prezentują się całkiem ciekawie.
Trochę co prawda czuć „japońszczyzną”, ale to już kwestia gustu. Niestety, jakość
komiksów wydawanych w tamtym okresie przez TM-Semic znacznie odbiega od
współczesnych standardów. I nie chodzi mi tu nawet o kwestię papieru – jako
osoba wychowana na ich wydaniach nie mam z nim problemu. Mam raczej na myśli
raczej nienajlepszą jakość skanów poszczególnych plansz i dość wyblakłą
kolorystykę (choć to ostatnie niektóry pewnie zapiszą komiksowi na plus). No
ale taki już urok wydań TM-Semicowskich.
Ogólnie rzecz biorąc Heroes
Return to całkiem ciekawa pozycja. Pokazuje wydarzenia bardzo ważne z
punktu widzenia historii całego uniwersum Marvela i to z okresu, który na
naszym rynku wydawniczym został w pewnym sensie trochę zaniedbany. Jeśli przymkniemy
nieco oko na niedostatki wydawnicze i kilka dziur fabularnych, możemy spędzić z
tym komiksem parę całkiem przyjemnych chwil. Z obecnej perspektywy jest to
raczej pozycja dla tych, którzy lubią komiksowe lata dziewięćdziesiąte, nie
przeszkadza im dość wybiórczy rzut oka na dany moment w historii uniwersum
Marvela i chcą wejść w historie co nieco
oderwane od współczesnych produkcji Domu Pomysłów. No chyba, że mamy wieczny głód
Hulka, Spider-Mana, Thora, Iron Mana, Fantastycznej Czwórki czy Dr Dooma –
wtedy można Heroes return potraktować jako szybką, niedrogą przekąskę. Ja przy
lekturze bawiłem się nieźle, ale raczej nie jest to komiks, do którego będę
wracać. No na pewno nie główne danie, które mogłoby zaspokoić wspomniany głód.
3/6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz