Zacznę może osobiście: jak uwielbiam Jasona Aarona, tak mam duży dystans do wielkich eventów, które w założeniu mają wstrząsnąć uniwersum, zamieszać w status quo… a przede wszystkim wycisnąć z portfeli czytelników ile tylko się da, ot, choćby za pomocą pierdyliarda tie-inów, serii pobocznych czy nawiązań w pozostałych tytułach wydawnictwa. Pomijając całą komercyjną otoczkę, zwykle okazują się wtórnymi tworami – ze sztampowo poprowadzonymi fabułami z mnóstwem akcji i postaci. Stery „Grzechu pierworodnego” Marvel oddał w ręce Jasona Aarona, co dawało pewną nadzieję na coś nieco bardziej interesującego… i, cholera jasna, udało się!
Scenarzysta, znany choćby z „Bękartów z Południa”, „Skalpu” czy też „Thora Gromowładnego”, za punkt wyjścia fabuły przyjął coś, co, w dotychczasowej historii Domu Pomysłów, byłoby absolutnie nie do pomyślenia: ktoś zabił Watchera – istotę, która obserwowała wszystko, co działo się w znanym nam świecie, która była świadkiem każdego wydarzenia, znała każdy sekret. Nawet gdy porzucimy mieszkańca marvelowskiego świata, zdarzenie to wydaje się szokujące, wszak Uatu był obecny w komiksach Marvela od 1963 r., czyli praktycznie od początku uniwersum, jakie znamy. Aaron zaczął więc iście po hitchcockowsku, po prostu go uśmiercając. W wydaniu zbiorczym jest to co prawda mniej uderzające, dzięki dwóm krótszym historiom otwierającym tom, ale o nich później. Śmierć tak istotnej postaci jest szokująca – wszak Watcher nie tylko wiedział wszystko o wszystkich, był też nieśmiertelny, zawsze obecny… no i zgromadził całkiem pokaźną kolekcję pamiątek. Nagle nie tyle go zabrakło, ile ktoś ewidentnie poważył się na tak śmiały czyn, jakim jest morderstwo. Zaczyna się więc śledztwo, w które włączono najbardziej prominentne postaci z uniwersum Marvela.

Świetne wrażenie robią także ilustracje Mike’a Deodato. Lubię kreskę Brazylijczyka, jednak w tym przypadku nie tylko on wykonał znakomita pracę – sparowany został z kolorystą, Frankiem Martinem, a współpraca ta przeniosła oprawę graficzną „Grzechu pierworodnego” na wyższy poziom (niestety nie podano, kto odpowiadał za tuszowanie: czy był to Martin, czy też sam Deodato). Koniec końców, historię zdobią świetne plansze, bardzo dobrze dobrane cieniowania i kolory – wszystko to zapada w pamięć i wyróżnia się na plus, nawet w ramach dość ciasnej konwencji. Nie ma co ukrywać, że wciąż jest to typowy dla współczesnej superbohaterszczyzny graficzny realizm.

Tym, co nieco mnie w „Grzechu pierworodnym” zastanawia, jest powiązanie tego crossoveru z innymi marvelowskimi seriami – przede wszystkim Hickmanowskimi „Avengers”, stanowiącymi w tym czasie główną oś narracyjną całego uniwersum. Spodziewałbym się, że fabuła będzie mocno czerpać z prac Amerykanina, wszak postaci takie jak Iron Man, Doktor Strange czy Czarna Pantera są wciąż zajęte ratowaniem uniwersum przed kolejnymi inkursjami… W praktyce jednak związki widać dopiero w końcówce, tak trochę na zasadzie: „Przecież tam się dzieje coś bardzo istotnego, to ja może do tego nawiążę… bo mi redaktor kazał”. Plusem takiego rozwiązania jest fakt, że „Grzech pierworodny” to zasadniczo zamknięta, relatywnie niezależna opowieść. Minusem poczucie, że implikacje śmierci Watchera zostały ograniczone w zasadzie do kilku tie-inów (niektóre z nich Egmont planuje wydać w Polsce – brawo ci państwo!).

Tytuł: Grzech pierworodny
Scenariusz: Jason Aaron, Ed Brubaker, Mark Waid
Rysunki: Mike Deodato, Javier Pulido, Jim Cheung, Paco Medina, Frank Martin
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Original Sin (Original Sin: Point One #1, Original Sin #0-8)
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: sierpień 2017
Liczba stron: 252
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-2708-1
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz