
W zasadzie pomysł na Marsjanina jest bardzo prosty. Ot, mamy załogową misję na Marsa, podczas której coś poszło nie tak – astronauci muszą się ewakuować, pozostawiając jednego z członków załogi na powierzchni Czerwonej Planety. Ku zaskoczeniu wszystkich, udaje się mu przeżyć. Rozpoczyna się jego fascynująca walka o przetrwanie w skrajnie nieprzyjaznych marsjańskich warunkach. Weir sięga tu do formuły pamiętnika kosmicznego Robinsona Cruzoe – przez zdecydowaną większość powieści to tytułowy „marsjanin” Mark Watney opowiada czytelnikom o swoich perypetiach. Pierwszoosobowa narracja wypada tu całkiem nieźle – tym bardziej, że główny bohater jest bez wątpienia postacią z charakterem. Wygadany, dowcipny, z dużym poczuciem dystansu do rzeczywistości ma bez wątpienia cechy dzięki którym łatwo zaskarbi sobie sympatię czytelnika (choć pewnie nie każdego). Otrzymujemy więc skrupulatne analizy kolejnych działań mających zapewnić bohaterowi przetrwanie, jesteśmy świadkami snucia planów, sukcesów i porażek, wielkich i małych smutków i radości. Jak nietrudno się domyślić, od pewnego momentu autor serwuje nam narracyjny dwugłos – dokładnie od chwili, gdy na Ziemi orientują się, iż Watney mógł przetrwać. W tym przypadku, niejako dla urozmaicenia, Weir stosuje już klasyczną narrację trzecioosobową.
Obok sympatycznego protagonisty chyba największą zaletę Marsjanina stanowi wciągające przedstawienie kolejnych problemów, przed jakimi staje główny bohater (a potem także i personel NASA) oraz sposoby ich rozwiązania. Widać, że autor musiał odrobić lekcje, by podzielić się z czytelnikami wiedzą. Zawsze w takich sytuacjach istnieje ryzyko iż techniczne opisy lub naukowe podstawy pewnych wydarzeń okażą się nużące, Weir jednak radzi sobie całkiem nieźle. Bez względu na to, czy problemem jest w danym momencie uszczelnianie zniszczonego skafandra, kwestie ogrzewania marsjańskiego łazika, produkcja wody, czy też hodowla roślin na powierzchni Marsa – są przystępne i napisane ze swadą. Na ile są realne, to już inna kwestia, której rozstrzygnąć nie potrafię. Dość stwierdzić, iż prezentują się wiarygodnie i przekonująco.
Marsjanin okazuje się tryumfalnym powrotem fantastyki eksploracyjnej i podbudowanej naukowo-technicznie. Jasne, mamy do czynienia z dziełem ze wszech miar popularnym, skierowanym do masowego czytelnika. Trudno więc oczekiwać po powieści Weira szczegółowych opisów futurystycznych technologii czy też ambicji do konkurowania z klasyczną fantastyką problemową. Nie znaczy, że nie są tu poruszane tematy „poważne” – w pewnym sensie to studium determinacji i wyobcowania, a zarazem tekst o roli optymizmu, wiary w ludzkie możliwości, choć i lekcja pokory przed ogromem wszechświata. Przede wszystkim jest to jednak kosmiczna „przygodówka” osadzona w niedalekiej przyszłości, stawiająca na sympatycznego bohatera, wartką akcję oraz pomysłowe rozwiązania praktycznych problemów piętrzących się przed Markiem Watneyem i próbującą go uratować ekipą. Przy tych założeniach jest to pozycja potrafiąca dać sporo frajdy: lekka, wciągająca, całkiem przystępna – dowód na to, że kosmiczna science fiction wciąż jest w stanie intrygować i trafiać „pod strzechy”.
4.5/6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz