
Sama konwencja starej-nowej książki Szmidta zdaje się wyraźnie nawiązywać tak do oryginalnych opowiadań Ziemiańskiego, jak i do szeroko pojętej space opery z militarnym zacięciem. Chodzi przede wszystkim o niezobowiązującą, „męską” (cokolwiek to znaczy), nieco przaśną rozrywkę. Mamy więc kosmos, mamy korporacje, podbój nowego świata, a w tym wszystkim oddział najemników wysłany na supertajną, niebezpieczną misję. Mieszanka może mało oryginalna, ale niewątpliwie z rozrywkowym potencjałem. Żeby było bardziej pikantnie, w składzie drużyny pojawia się kobieta szefująca ochranianym przez najemników naukowcom… i to chyba jeden z większych problemów Toy Landu. Można bowiem odnieść wrażenie, że w pewnym momencie na pierwszy plan wysuwa się koszarowy humor i niezbyt wyszukane gierki słowne między bohaterami. W zdecydowanej większości przypadków miast ciętych ripost oznacza to odnoszenie się do rozmiaru przyrodzenia któregoś z bohaterów i okraszanie dialogów obowiązkową porcją wulgaryzmów. I choć nie jest to wada jako taka, to pod mało wyrafinowanym testosteronowym przykryciem nie kryje się zbyt wiele ciekawych rzeczy.
Nie da się ukryć, że w Toy Land można znaleźć sporo akcji. Wydarzenia następują po sobie szybko (czasem może wręcz zbyt szybko – autor zwykle rezygnuje z refleksji na temat opisywanych wydarzeń i ich konsekwencji), mamy kilka twistów, nie brakuje też niezbędnej strzelaniny. Bohaterowie pasują do tej konwencji – Szmidt zaludnił swą powieść stereotypowymi twardzielami: próbującymi dominować nad otoczeniem, rzucającymi mięsem i niewybrednymi komentarzami, potrafiącymi obdarzyć szacunkiem tylko kogoś, kto potrafi im się odgryźć. Problem w tym, że aby nadać im indywidualny charakter, autor posuwa się do skrajności – jeśli ktoś ma (rzekomo) germańskie korzenie, to obowiązkowo mówi o Ragnaroku, wielki Murzyn musi się dla niepoznaki nazywać Adolf Napoleon Hitler Gutierez, zaś stylizowany na Ziemiańskiego Andrzej Terreine (zwany od hobby pierwowzoru „Rewolwerem”) bryluje specyficznymi powiedzonkami… przynajmniej do czasu, gdy czytelnik nie rzuci książką o ścianę, widząc po raz enty frazę „Spoko majonez”. Ze stylizacją postaci wiążą się też liczne odniesienia do kultury i polityki – okręt Niezwyciężony, generał Krzysztof Krawczyk, współcześnie niezbyt już śmieszni bracia Jar i Leo Ducksonowie itd. Jest też parę nawiązań mniej bezpośrednich, choćby utrzymane w duchu Cardowskiego Mówcy umarłych prosiaczki (na upartego można by znaleźć też pewne analogie z Trawą Sheri Tepper) czy kilka scen niemal żywcem wyjętych z Obcego.
Osobną kwestią jest to, czy faktycznie można uznać Toy Land za „Apokryficzną opowieść ze świata „Pól dawno zapomnianych bitew””. Technicznie rzecz biorąc tak, w przypadku wydania Rebisu jest to określenie jak najbardziej uprawnione. Szmidt tu i ówdzie wprowadził drobniuteńkie sugestie, że mamy do czynienia z tym samym uniwersum. Prawda jest jednak taka, że minimalnym wysiłkiem dałoby się wpisać tę powieść w każdy nie do końca określony kosmiczny neverland… szczególnie gdy wprost się deklaruje, że opisywane wydarzenia dzieją się w innym okresie historycznym niż ten znany z dotychczasowych utworów (swoją drogą, ciekawe jak zabieg „wszczepienia” Toy Landu w świat „Pól…” ma się do oryginalnych opowiadań Ziemiańskiego). Tekst jest absolutnie autonomiczny, że bez trudu można go dopasować do wielu uniwersów stworzonych przez autorów polskiej fantastyki (rodzimy kontekst jest bowiem dość istotnym elementem jego stylizacji).
Toy Land to powieść napisana z wyraźnym pomysłem i w specyficznej konwencji. W jej ramach – gdzieś na przecięciu militarnej science fiction i pulpowej literatury akcji – jest to utwór przyzwoity. Problem jednak w tym, że nie ma w tej książce zbyt wiele poza przaśną, dosadną (przesadną?) rozrywką, paroma mniej lub bardziej czytelnymi nawiązaniami i całkiem pokaźną dozą akcji. Jeśli podejdzie się do tej „apokryficznej historii” z konkretnymi oczekiwaniami, pewnie da ona nieco satysfakcji. Bez trudu jednak można sobie wyobrazić czytelników zniesmaczonych dziełem Szmidta. Humor i dialogi należą bowiem do wyjątkowo mało wybrednych. Sposób prezentacji bohaterki – Kat – również jest raczej mało wyrafinowany, na dobrą sprawę stanowi wariację na temat z pozoru bezbronnej kobiety muszącej wywalczyć sobie pozycję w męskim gronie twardzieli. Jeśli więc ktoś oczekuje od literatury choćby pozorów pozwalających określić ją jako „piękna” lub uważa za istotny sposób przedstawiania postaci kobiecych, no cóż… lepiej niech Toy Land sobie odpuści. Fani niespecjalnie angażującej szare komórki kosmicznej akcji powinni być jednak zadowoleni.
3/6
"Toy Wars" Ziemiańskiego wspominam wybitnie negatywnie. Czytałem niedługo po premierze i żałuję do dziś. No może nieco za mocne te słowa, ale tamte odczucia sprawiają, że po tę kontynuację/suplementację zamiaru sięgać nie mam.
OdpowiedzUsuńRozumiem. Szanuję. ;)
Usuń